NESESER
Bob Kinpets
opowiadanie
NESESER
Poranek był pochmurny i wietrzny. Harold Kemper, jak co dzień, zmierzał w stronę Central Parku powłóczystym krokiem. Nieogolona twarz, przygarbiona sylwetka i wzrok wbity w chodnik sprawiały, że wtapiał się w tło, będąc jednocześnie całkowicie obcym dla tłumu śpieszącego do pracy. Doszedł do skrzyżowania, odczekał swoje i gdy zabłysło zielone światło, postawił kołnierz marynarki, ruszając na drugą stronę ulicy.
Kemper nie miał pojęcia, że od kilku przecznic podąża za nim granatowy, kilkuletni ford. Auto nie rzucało się w oczy, podobnie jak trzech mężczyzn w średnim wieku siedzących wewnątrz. Z uwagą obserwowali każdy ruch Harolda. Gdy ten minął skrzyżowanie, kierowca zerknął na towarzyszy.
– I co o nim sądzicie? – zagaił.
Mężczyzna na prawym fotelu spojrzał na zegarek i westchnął ciężko.
– Nie mamy wyboru. Bieżmy go.
Tymczasem Harold, idąc tuż przy krawężniku, wypatrywał na ziemi niedopalonych papierosów. Nie uszedł nawet stu metrów od świateł, gdy tuż obok niego wyhamował granatowy samochód. Kemper odruchowo odsunął się od jezdni, chcąc iść dalej, ale tylne drzwi forda uchyliły się z lekkim skrzypnięciem, i usłyszał wołanie.
– Halo! Proszę pana!
Harold obejrzał się za siebie, szukając wzrokiem kogoś, do kogo mogły być skierowane te słowa, jednak siedzący w aucie mężczyzna patrzył wprost na niego. Z niedowierzaniem wskazał palcem na własną pierś.
– Tak, tak. Pan pozwoli na chwilę.
Harold zlustrował wzrokiem ulicę. Ludzie podążający w obie strony zatopieni
byli we własnych myślach. Wzrok zatrzymał na aucie i podszedł do niego.
Zapraszam do środka – nieznajomy przesunął się w głąb auta, robiąc miejsce.
Harold zawahał się, ale ciekawość wygrała ze strachem. Pochylił się, zajrzał do
wnętrza i napotkał łagodne spojrzenia osób tam siedzących. Kierowcy, siedzącego obok nie równolatka i tego co go zapraszał go do środka. Wsiadł i zatrzasnął drzwi. Auto natychmiast ruszyło. Mężczyzna siedzący obok wyciągnął paczkę marlboro i sprawnym ruchem wysunął papierosa.
– Zapali pan?
Harold przełknął ślinę i poczęstował się drżącą dłonią. Nieznajomy podał mu ogień, a gdy dym wypełnił płuca Kempera, przeszedł do konkretów.
– Zapytam wprost… – zawiesił głos na sekundę. – Chce pan zarobić tysiąc dolarów?
Harold raptownie zakrztusił się dymem. Zaczął kasłać tak mocno, jakby płuca chciały opuścić jego klatkę piersiową. Nie wiadomo, czy to mocna nikotyna, czy propozycja sumy, której nie widział od lat, tak go oszołomiła. Jego reakcja była jednak wystarczającą odpowiedzią. Nieznajomy, nie czekając na słowa, wyciągnął z kieszeni gruby plik studolarówek. Odliczył pięć banknotów.
– Na początek dostaje pan pięćset – Harold wziął pieniądze i bez liczenia upchnął je w wewnętrznej kieszeni marynarki. – Resztę otrzyma pan po wykonaniu zadania. A zadanie, wbrew pozorom, jest banalnie proste.
Mężczyzna sięgnął po stojący u jego stóp neseser. Była to typowa, srebrzysta walizka o gładkiej obudowie, zabezpieczona zamkami szyfrowymi. Postawił ją na kolanach Harolda, który odruchowo objął zimny metal dłońmi. W tym czasie ford zatrzymał się przy krawężniku.
– Widzi pan ten samochód? – nieznajomy wskazał na białą, długą limuzynę zaparkowaną po drugiej stronie ulicy, tuż przed wejściem do okazałego, odrestaurowanego biurowca. Harold przytaknął. – Dokładnie za dwadzieścia minut z budynku wyjdzie trzech arabskich urzędników… właścicieli firm, mniejsza z tym. Pozna ich pan po białych tradycyjnych strojach i obstawie. Pańskie zadanie, to podejść do jednego z ochroniarzy i bez słowa podać mu tę walizkę. On ją przyjmie bez pytań. Proste?
Harold patrzył na neseser. W głowie miał absolutną kotłowaninę.
– Zapewne zastanawia się pan, po co ta cała szopka? – mężczyzna bezbłędnie wyczuł jego wahanie. – Będę szczery, bez owijania w bawełnę. W tej walizce są narkotyki.
Na twarzy Harolda odmalował się czysty strach. Wiedział jedno: narkotyki to mafia, a mafia nie zna pojęcia żartu.
– Tak, narkotyki – mężczyzna powtórzył to słowo z niemal nabożną czcią. – Dostarczamy ten towar klientom w różnych zakątkach świata. A ponieważ licho nie śpi, robimy to w sposób niekonwencjonalny. Nasi odbiorcy o tym wiedzą, bo, to taka nasza niepisana umowa. Nikt nie chce wpadki, więc wszystko musi wyglądać na czysty przypadek. Moglibyśmy dostarczyć walizkę sami, ale po co ryzykować? Chociaż ryzyko jest bliskie zeru, wolimy wyręczyć się kimś postronnym. Takim jak pan. Do tej pory nigdy nie było wpadki. Zawsze rozstajemy się w zgodzie. Rozumiemy się?
Kemper przytaknął. To tłumaczenie wydało mu się brutalnie logiczne. Co to dla nich tysiąc dolarów, skoro na zawartości tego nesesera zarabiają grube tysiące?
– My zarabiamy – mężczyzna westchnął, jakby czytał w jego myślach – i przy okazji dajemy zarobić innym. Bądźmy szczerzy: nam ryzyko się nie opłaca, a dla pana tysiąc dolarów za piętnaście minut pracy to chyba uczciwa stawka, prawda?
Harold znów skinął głową. Mężczyzna dotknął ramienia kierowcy i auto ruszyło. Ford zjechał na lewy pas, zawrócił i po kilkudziesięciu metrach zatrzymał się przy krawężniku.
– Teraz niech pan słucha uważnie – nieznajomy wbił wzrok w Kempera. – Zostawiamy pana tutaj. My pojedziemy trzy przecznice dalej i poczekamy przy posterunku policji. Wie pan, gdzie to jest?
Harold wiedział doskonale. Nie raz i nie dwa gościł w tamtejszych celach.
– Po wykonaniu zadania wróci pan tutaj. Podjedziemy, zgarniemy pana i rozliczymy się do końca. Na spokojnie, bez stresu. Jasne?
– Jasne – wychrypiał Harold.
– No to do roboty. Aha… – mężczyzna znów chwycił go za ramię, a jego spojrzenie niemal przebiło Harolda na wylot. – Sądzę, że jest pan uczciwym człowiekiem? Bo widzi pan, w naszym zawodzie lojalność to sprawa honoru. Rozumiemy się?
Ostatnie słowa brzmiały jak lodowaty wyrok. Harold doskonale zrozumiał ten przekaz. Wysiadł z auta i zatrzasnął drzwi. Ford natychmiast odjechał, zawracając na najbliższym skrzyżowaniu. Lawirując między wolno poruszającymi się autami, wkrótce podjechał pod budynek policji, o ścianach z surowej, wypiaskowanej świeżo cegły.
Kierowca zaparkował tak, by mieć w mirę dokładny widok na główną ulicę. Zza narożnika widzieli białą limuzynę, rzekę przechodniów i – co najważniejsze – wejście do biurowca.
– Może cofnąć trochę? –kierowca, wypowiadając te słowa przygarbił swoja masywną sylwetkę zerkając w lusterko na drzwiach. – Jest miejsce.
– Daj spokój – pasażer obok sprawdził zegarek. – Stąd mamy idealny widok.
– Widok widokiem, ale czy fala uderzeniowa nas tu nie sięgnie?
– Człowieku, to nie bomba atomowa. Bez obawy.
Mężczyzna otworzył schowek w desce rozdzielczej i wyciągnął prostokątny przedmiot wielkości pilota do bramy. Kierowca zerknął kątem oka, jak jego wspólnik naciska przycisk. Gdy zapaliła się zielona dioda, pilot zniknął w zaciśniętej dłoni.
– Nie za wcześnie to uzbroiłeś? – kierowca nie krył podenerwowania.
– Co, boisz się, że za wcześnie zrobi „bum”? – pasażer uśmiechnął się, spoglądając jednocześnie na uśmiechniętego kolegę siedzącego z tyłu.
– Licho nie śpi. Myślę o Ibrahimie i tym, co stało się podczas naszego szkolenia.
– To był typowy wypadek. Przy pracy.
– Historia lubi się powtarzać – mruknął kierowca.
– Każdy z nas może zginąć w każdej chwili. Nigdy nie wiadomo, co jest nam pisane.
– Przestańcie wreszcie ględzić! – mężczyzna z tylnego siedzenia założył ręce za głowę. – Lepiej pomyślcie, czy ten menel w ogóle dotrze do limuzyny. Może nie jest taki głupi, za jakiego go mamy? Wziął kasę, walizkę pod pachę i pewnie już dawno prysnął. W końcu myśli, że narkotyki to chodliwy towar.
Kierowca wyciągnął szyję, niemal dotykając czołem przedniej szyby. Wpatrywał się w białą plamę limuzyny z rosnącym niepokojem.
– No właśnie. Już dawno powinien tam być – wychrypiał i zaraz chrząknął.
Mężczyzna obok zerknął na zegarek, a potem na swoje dłonie.
– Zaraz go ujrzymy. Jeszcze parę minut i będzie po wszystkim. Wierzcie mi, taki człowiek nie odpuści sobie drugiej pięćsetki – uśmiechnął się półgębkiem.
W tej samej chwili na skrzyżowaniu pojawił się radiowóz. Kierowca , z czapką policyjna na czole wolno przetoczyli się obok forda, mierząc pasażerów badawczym wzrokiem. Radiowóz minął ich, wjechał w zatoczkę i cofnął, zatrzymując się niemal zderzak w zderzak. Z auta wysiadł barczysty funkcjonariusz. Poprawił czapkę, wyciągnął gruby notatnik i podciągając opadające z brzucha spodnie, podszedł do okna kierowcy. Zapukał w szybę.
Kierowca opuścił ją z ciężkim westchnieniem. Policjant nachylił się, omiatając wnętrze forda uważnym spojrzeniem.
– Czy szanowny kierowca nie zauważył znaków? – zapytał służbowym tonem. – Tu obowiązuje bezwzględny zakaz zatrzymywania dla pojazdów prywatnych.
– Przepraszam, już odjeżdżamy – kierowca nerwowo sięgnął do stacyjki.
– Chwileczkę – głos policjanta stwardniał. – Zanim pan odjedzie, musi pan przyjąć mandat. Dokumenty wozu i prawo jazdy, poproszę.
Kierowca zaklął pod nosem, wyciągnął papiery zza osłony przeciwsłonecznej i podał je przez okno. Policjant zaczął je wertować z irytującą powolnością.
– Proszę wysiąść i otworzyć bagażnik – rzucił krótko, odchodząc od drzwi.
Gdy kierowca posłusznie przeszedł na tył auta, pasażer z przodu drgnął. Jego wzrok przykuł ruch pod biurowcem.
– Zobacz! – syknął do kolegi z tyłu. – Są.
Mężczyzna na tylnym siedzeniu wychylił się desperacko, opierając dłonie o fotel. Z budynku wyszło czterech rosłych ochroniarzy w ciemnych garniturach. Lustrowali okolicę z zawodową czujnością. Tuż za nimi, w drzwiach, pojawiły się sylwetki trzech mężczyzn w powłóczystych dżeballach. Szli powoli, pewni siebie, prosto w stronę limuzyny.
– Gdzie jest ten facet?! – pasażer z tyłu zacisnął zęby. Jeden z ochroniarzy kładł już dłoń na klamce białego auta, a Kempera wciąż nie było widać.
Nagle mężczyzna z pilotem w dłoni wypatrzył go. Harold stał kilka metrów od limuzyny. Wyglądał na zagubionego.
– Mamy go! – wyszeptał. Obejrzał się do tyłu. Otwarta klapa bagażnika idealnie zasłaniała ich przed wzrokiem policjanta. Spojrzał na limuzynę
Kolega z tyłu maksymalnie wychylił sylwetkę i wlepił wzrok przed siebie.
– Teraz! – wycedził przez zęby.
Mężczyzna na przednim siedzeniu wycelował kciuk w czerwony przycisk. Odruchowo wtulił głowę w ramiona i wcisnął go do oporu. Głuchy trzask zamykanej klapy bagażnika zbiegł się idealnie z ostatnim ruchem jego palca.
Masz już wykupiony dostęp? W formularzu poniżej wybierz „Zaloguj się”.Dalsza część opowiadania