Uncategorized

BEZSILNOŚĆ UMYSŁU

Bob Kinpets

Opowiadanie: Bezsilność Umysłu

Bolesne ukłucie w prawym przedramieniu przeszyło mój mózg niemal na wylot. Chwilę później do moich uszu dobił dziewczęcy, choć już niemal kobiecy głos, przepełniony przejęciem.

– Patrz! Widziałaś to?
– Co? – odpowiedział jej inny, podobnie młody i nieco zdziwiony głos.
– Jak ukłułam, to… to drgnęło!
– Co drgnęło?
– Tam, na monitorze!

Zapadła cisza. Wyczułem napięcie wiszące w powietrzu.

– Pieprzysz, wydawało ci się. To niemożliwe.
– Ale przecież widziałam… – w głosie dziewczyny zakiełkowała niepewność.
– A ja widziałam krasnoludki na ścianie. Dobra, skończyłaś już?
– Tak.
– To idziemy, ruchy.
– Trzeba to zgłosić lekarzowi – pierwsza z nich była nieustępliwa.
– Ja nic nie zgłaszam, bo nic nie widziałam. No chodźże!

Usłyszałem oddalające się kroki i suchy trzask zamykanych drzwi. Znowu nastała cisza. Próbowałem obrócić głowę, ale nie mogłem. Ta banalna czynność stała się barierą nie do przebicia. Co jest, do diabła? Gdzie ja jestem?

Przez zamknięte powieki przesączała się mdła biel. Czułem na twarzy maskę, przez którą wtłaczano mi tlen. Każdy oddech był walką. Chciałem otworzyć oczy, poruszyć choćby palcem, wydać jakikolwiek dźwięk. Nic. Zupełna pustka. Jakby mój umysł został brutalnie odłączony od ciała.

Wysiliłem pamięć. Chciałem zrozumieć, jak się tu znalazłem, ale uderzyłem w mur. Totalna amnezja. Ciemność. Czułem, jak resztki sił mnie opuszczają, a myśli zaczynają się rozmywać. Ponownie zapadłem w niebyt.

Delikatne trzaśnięcie drzwi wyrwało mnie z otępienia. Znów kroki. Podjąłem kolejną, desperacką próbę ruchu – bez skutku. Jedynie słuch działał bez zarzutu, wyostrzony do granic możliwości.

– Ten człowiek naprawdę już nie żyje? – nad moją głową zabrzmiał dojrzały, kobiecy głos.

Co?! Ja nie żyję? Fala gorąca zalała moją świadomość.

– To znaczy… – mężczyzna stojący nieco dalej starannie dobierał słowa. – Z medycznego punktu widzenia: tak. Gdyby nie aparatura…
– Rozumiem – kobieta weszła mu w słowo. – Więc na jakim jesteśmy etapie?
– Procedury formalno-prawne są zakończone. Musimy działać szybko. Zbyt długo czekaliśmy na dawcę z taką zgodnością tkankową. To cud, że się udało.

Dawcy?! Co on pieprzy? Przecież ja żyję, myślę, jestem! Boże, tylko nie to!

– Na co więc czekamy? – dopytywała kobieta.
– Brakuje podpisu matki. Ale sądzę, że to tylko formalność.
– Panie doktorze, przyszła pani Maria – dobiegło z oddali.
– O, o wilku mowa – doktor ożywił się nagle. – Niech pani ją tu poprosi. Akurat dobrze się składa. Pozna pani matkę dawcy.

W pomieszczeniu przybyło osób. Słyszałem szelest ubrań i stłumione kroki.

– Witam, pani Mario. To jest właśnie pani Clark – doktor był nad wyraz uprzejmy.
– Tak mi przykro – głos Clark brzmiał szczerze, niemal ciepło. – Taka tragedia…
– Pani Mario, nie możemy już tego odwlekać – głos lekarza stał się stanowczy. – Musi pani podjąć ostateczną decyzję. Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, ale medycyna jest bezradna.

Cisza, która zapadła, była ciężka jak ołów.

– Wiem, jak jest pani ciężko, ale nie ma sensu zwlekać w nieskończoność. Proszę się pożegnać z synem. Będę czekał w gabinecie na pani podpis. Pani Clark, prosimy.

Dalsza część opowiadania

Dostęp do tego wpisu możesz odblokować w formularzu poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *