Uncategorized

KOPCIUSZEK ZEMSTA MACOCHY

Bob Kinpets

Baśń

KOPCIUSZEK – ZEMSTA MACOCHY

…Dworzanin zawiózł Kopciuszka wprost do królewskiego pałacu. Następca tronu nie posiadał się ze szczęścia. Nie minęły trzy tygodnie, gdy król ojciec wyprawił młodym wspaniałe wesele, na którym ucztowano i tańczono trzy dni i trzy noce… I tej trzeciej nocy właśnie, Macocha przechadzając się po izbie z rękami założonymi do tyłu, z głową pełną myśli zerknęła na córki układające się do snu.

– Nie pora na spanie! Podejdźcie no tu do mnie! – rzuciła gniewnie:

Dziewczyny z wyraźnym ociąganiem wstały, podeszły do matki i, skubiąc paznokcie, wbiły wzrok w podłogę.

– Gdzie się gapicie! Na mnie spójrzcie! – warknęła.

Spojrzały. Wyciągnęła w ich kierunku rozłożoną dłoń i rzekła już spokojnym głosem:

– Połóżcie tu swoje prawe ręce i słuchajcie uważnie, co wam powiem.

Gdy wykonały polecenie, mówiła dalej.

– Od tej chwili nie spoczniemy dopóty, dopóki nasi wrogowie z królewskiego pałacu nie poniosą kary za wszelkie krzywdy i zło które nam wyrządzili. Także za wielki wstyd i poniżenie naszej rodziny. A teraz powtórzcie to! – rozkazała.

Powtarzając przysięgę spoglądały matce prosto w oczy. W ich spojrzeniu było wyraźnie widać stopniowo narastający gniew. Gdy wypowiedziały ostatnie słowo, Macocha przytuliła je do siebie.

– Tak nam dopomóż Bóg – zakończyła przysięgę.

Nie minął rok od ślubu Kopciuszka z księciem, gdy na królewskim dworze pojawiła się, zrodzona z tej wielkiej miłości, śliczna ciemnowłosa księżniczka. Na wieść o tak szczególnym wydarzeniu, ponownie świętowano przez trzy dni i przez trzy noce, a wiwatom i fajerwerkom nie było końca. Macocha, słysząc o kolejnym szczęściu Kopciuszka, ze zdwojoną energią zaczęła realizować swój niecny plan zemsty. Na czym ten plan miał polegać? Otóż od prawie roku pobierała nauki u starej poczciwej znachorki mieszkającej po sąsiedzku. To pod jej czujnym okiem uczyła się tworzyć różne mikstury ratujące życie ludziom, a także, co nie wzbudzało podejrzeń, a o to jej właśnie chodziło, trucizny na wszędobylskie szczury i wszelkie uciążliwe robactwo wszechobecne w tamtych czasach na każdym kroku. Zajęcie się leczeniem było oczywiście tylko przykrywką dla jej niecnych zamiarów. Prawdziwy cel stanowiło stworzenie nieznanej do tej pory mikstury, która, podstępnie podana na dwór królewski, zakończy żywot Królewicza i Kopciuszka. Tym samym sprawiedliwości stanie się zadość, a szczęście zagości w jej i córek sercach już na zawsze.

Ucząc się więc pilnie, w tajemnicy przed nauczycielką stworzyła wreszcie to, o czym tak bardzo marzyła. Truciznę, jakiej świat nie znał i pewnie nigdy nie pozna, bo Macocha nawet swoim córkom nie zdradziła nazw użytych składników. Teraz wystarczyło tylko przejść do kolejnego etapu działań. Wspólnie z wtajemniczonymi w plan zemsty córkami szukała okazji, by w jakiś niewzbudzający podejrzeń sposób znaleźć się w otoczeniu rodziny królewskiej.

Szukały tej okazji rok, szukały dwa, czekały cierpliwie, aż wydarzy się jakiś cud, bo wszelkie podjęte do tej pory próby spełzły na niczym. Niestety, cudu nie było, a i chęć zemsty, która je dotąd trawiła, z wolna uchodziła w niepamięć. Wreszcie, po wielu dyskusjach z córkami na temat, co począć ze swoim dalszym życiem, postanowiły opuścić stolicę królestwa raz na zawsze, by gdzieś w świecie wykorzystać zdobytą wiedzę. Początkowo truciznę zamierzały zniszczyć, jednak Macochę powstrzymała przed tym jakaś wewnętrzna siła. Pomyślała, że może jeszcze się kiedyś przydać. Uszyła więc specjalną sakiewkę i ukryła tam butelkę ze śmiercionośnym płynem.

Po kilku miesiącach uciążliwej tułaczki po królestwie Macocha i jej córki znalazły wreszcie zaciszne miejsce u jego granic, gdzie, by zarabiać na życie, zajęły się ziołolecznictwem. Po niedługim czasie okazało się, że nauki pobierane w stolicy królestwa nie poszły na marne. Wieść o skuteczności metod leczenia nieznanej nikomu znachorki rozeszła się po okolicznych wioskach lotem błyskawicy, co przysporzyło jej klientów, a co za tym idzie, także środków na godziwe życie. Nawał pracy sprawił, że chęć zemsty na znienawidzonym Kopciuszku i Królewiczu stopniowo odchodziła w niepamięć.

Minęło sześć lat od narodzin ślicznej księżniczki, którą wszyscy zdrobniale nazywali Kinią. Pewnego letniego dnia na królewskim dworze wybuchła panika. Okazało się, że dziewczynka zapadła na nieznaną nikomu chorobę, która nastąpiła prawdopodobnie na skutek ukąszenia przez jakiegoś owada. Świadczyło o tym siniejące zaczerwienienie na ramieniu księżniczki. Wysoka, utrzymująca się od kilku dni gorączka, oraz postępujące osłabienie organizmu, z jakim zmagała się Kinia, postawiły na nogi najznakomitszych w królestwie medyków. Niestety, ich wysiłki, poparte różnymi dziwnymi metodami leczenia, były wobec tej tajemniczej choroby bezskuteczne. Jedyny ratunek upatrywano u mieszkającej na krańcach królestwa starej znachorki, która, jak wieść niosła, z dobrym skutkiem leczyła ludzi. Po naradach z medykami postanowiono wysłać gońca, by ten natychmiast ściągnął znachorkę do pałacu. Jeździec po trzech dniach i trzech nocach niestrudzonej podróży z krótkimi przerwami na sen, bladym świtem dotarł w końcu przed chatę znachorki. Zeskoczył z konia. Pilnujące zagrody psy zaczęły ujadać. Macocha, wyrwana raptownie ze snu, doskoczyła do okna. Po chwili dołączyły do niej wystraszone córki, które przybiegły z drugiego pomieszczenia. W kierunku wejścia, opędzając się od szczekających psów, trzymając za uzdę wierzchowca, podążał schludnie ubrany jeździec. Jego ubiór świadczył o tym, że był to zamożny klient, a pośpiech wskazywał, że potrzebował zapewne natychmiastowej pomocy. Macocha spojrzała na wystraszone córki i zawołała:

– Jazda mi z izby i nie wychodzić, dopóki was nie zawołam!

Dziewczyny migiem się ulotniły. Gdy zniknęły w drugim pomieszczeniu, kobieta odblokowała zasuwę i otworzyła drzwi. W progu stał młody mężczyzna, który oświadczył głosem nie znoszącym sprzeciwu:

– W imieniu Jaśnie panującego nam króla rozkazuję wam, kobieto, zbierać się do podróży do stolicy królestwa!

Zdziwiona niespodziewanym rozkazem Macocha wydukała coś pod nosem, stanęła bokiem i gestem zaprosiła gońca do izby. Gdy ten wszedł, zamknęła drzwi i zawołała córki, każąc im przygotować posiłek dla tego strudzonego podrożą wysłannika króla. Mężczyzna, nakarmiony już i zadowolony z gościnności, jakiej się nie spodziewał, zaczął opowiadać o problemach zdrowotnych księżniczki Kini. W trakcie tej opowieści Macocha kątem oka zerkała na córki, a one na nią. Sprawiały wrażenie, jakby rozumiały się bez słów. Gdy goniec skończył opowieść, zaproponowały mu odpoczynek, z czego skwapliwie skorzystał, a same gdzieś na uboczu zaczęły się zastanawiać, co dalej począć. Uśpiona chęć zemsty nasiliła się podwójnie, a przysięga, jaką sobie złożyły w dniu wesela Kopciuszka, odżyła na nowo.

W końcu uknuły podstępny plan, który wreszcie może się ziścić, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Skoro nie mogą zemścić się na Kopciuszku i znienawidzonym Królewiczu, zemszczą się na ich ukochanym dziecku. Królewska para będzie cierpieć tak, jak i one cierpiały, a nawet bardziej. Na samą myśl o tym, że wreszcie spełnią się nieosiągalne do tej pory marzenia, zatarły ręce i pełne optymizmu przystąpiły do realizacji planu. Gdy posłaniec wypoczął, okazało się, że znachorka zaniemogła do tego stopnia, że nie była zdolna wyruszyć w tak daleką podróż. Goniec, rad nierad, wrócił więc do królestwa sam. Po kolejnych naradach królewskiej pary z miejscowymi medykami postanowiono jak najszybciej dowieźć księżniczkę do chaty znachorki. Jak postanowiono, tak zrobiono.

Wygodna karoca zaprzężona w sześć koni, otoczona przez orszak walecznych rycerzy, którym przewodził Kasztelan królewski, wyruszyła rychło w drogę. Po dwóch dniach niestrudzonej podróży po dzikich terenach potężna burza zmusiła podróżnych do skrycia się w przypadkowo znalezionym zajeździe w jednej z przydrożnych wiosek. Przywitani przez właściciela przybytku iście po królewsku postanowili przeczekać paskudną pogodę. Na szczęście stan zdrowia Kini poprawił się na tyle, że można było sobie na to pozwolić. Wzięty na spytki przez kasztelana właściciel karczmy opowiedział podróżnym o znachorce, do której podążali. Chwalił ją, że jak mało kto znała się na swoim fachu. Potrafiła przywrócić do zdrowia każdego, kto się do niej zgłosił.

Tymczasem dwaj brodaci mężczyźni odziani w łachmany, siedzący w końcu izby przy butelce wina, starali się zbytnio nie rzucać w oczy królewskiemu orszakowi. Widać jednak było, iż, dyskretnie łypiąc na nich wzrokiem, chłonęli każde słowo padające z ust przybyłych. Gdy rozmowa pomiędzy kasztelanem i karczmarzem się zakończyła, wstali, zapłacili i chyłkiem opuścili gospodę. Pomimo ciągle niesprzyjającej pogody wskoczyli na konie i ruszyli przed siebie.

Następnego dnia niebo wypogodziło się na tyle, że podróżni mogli udać się w dalszą drogę. Niezwłocznie więc opuścili przytulne i gościnne miejsce. Wkrótce okazało się jednak, że dalsza podróż nie będzie łatwa. Padające deszcze podmyły drogi do tego stopnia, iż stały się one bardzo niebezpieczne dla koni i podróżnych. Górzysty teren tej części królestwa i zalesione zbocza nie sprzyjały pośpiechowi. Konie zaprzęgnięte do karocy, parskając z wysiłku, stawiały ostrożnie kopyta, by omijać co większe kamienie. Tymczasem zbliżała się kolejna już noc. Podróżni od godziny przemieszczali się wolno wąską drogą prowadzącą przez las. W pewnej chwili przewodzący orszakowi kasztelan ocenił wzrokiem sytuację i nakazał zjechać na pobliską polanę, by na niej przeczekać noc. Rozbito więc obóz i rozpalono ogniska. Bogata w zwierzynę puszcza wkrótce dostarczyła pożywienia zmęczonym podróżnym.

Kinia, która leżała na wygodnej kanapie wyściełanej atłasem, otworzyła oczy i spojrzała na siedzącą naprzeciwko zatroskaną opiekunkę.

– Daleko jeszcze? – zapytała obolałym głosem.

Kobieta przysiadła obok i szczelniej okryła ją kocem.

– Nie wiem, księżniczko, ale przypuszczam, że na miejsce dotrzemy już chyba jutro. Na razie tutaj przeczekamy noc.

– Boję się … – Głos Kini załamał się. Objęła opiekunkę.

– Nie ma się czego bać, kruszynko – pogłaskała ją po włosach – Jesteśmy pod baczną opieką rycerzy taty.

– Ale ja i tak się boję – Dziewczynka nie ustępowała.

Chwilę ciszy, która zapanowała po tych słowach, przerwało otwarcie drzwiczek karocy. Kasztelan trzymał w ręku dużą srebrną misę ze smakołykami. Na twarzy Kini na chwilę pojawił się delikatny uśmiech. Poczuła głód.

– Oto kolacja dla księżniczki – powiedział.

Opiekunka skwapliwie wzięła naczynie i podała Kini.

Ta spojrzała na mężczyznę. – Kiedy będziemy na miejscu? – zapytała.

– Jeśli pogoda będzie nam sprzyjała, księżniczko, to jutro, jeszcze za dnia, dotrzemy na miejsce. Ruszamy skoro świt.

Gdy nastała głęboka noc i wszyscy już posnęli, a ogniska dawno potraciły swój blask, wśród drzew zamajaczyły sylwetki kilku mężczyzn z obnażonymi mieczami w dłoniach. Przewodziło im dwóch brodaczy widzianych wcześniej w karczmie. Stawiali ostrożnie kroki, by broń Boże nie obudzić rycerzy. O dziwo, nawet konie, znane z tego, iż w razie niebezpieczeństwa parskają nerwowo, drzemały w najlepsze. Po krótkiej chwili mężczyźnie podbiegli do karocy. Jeden z nich ostrożnie otworzył drzwiczki, a drugi wdrapał się do środka. Chwycił księżniczkę, owinął kocem i wyskoczył na zewnątrz. Brutalnie wyrwana ze snu dziewczynka zaczęła się szarpać. Chciała krzyknąć, ale dłoń bandyty skutecznie zatykała jej usta. Zemdlała. Drugi z bandziorów, bardziej rosły, chwycił zdezorientowaną opiekunkę. Ta, pomimo filigranowej sylwetki, próbowała stawiać opór. Na nic się to jednak zdało. Bandyta poradził sobie z nią bez większego trudu. Po chwili obaj mężczyźni, wraz ze swoimi kamratami wskoczyli na konie i pomknęli z cennym łupem przed siebie. Po kilku godzinach jazdy znanymi sobie skrótami dotarli wreszcie do miejsca zamieszkania. Nastawał świt. Wykarczowana polana straszyła kikutami ściętych przy ziemi pni drzew. Pośrodku stały trzy drewniane chaty kryte strzechą, z oknami podzielonymi na małe kwadraty. Były tu też budynki gospodarcze służące za stajnie i miejsce na dobytek zwierzęcy. Towarzyszący brodaczom jeźdźcy zsiedli z koni i rozeszli się po obejściu. Brodacze zaś podjechali na koniach pod same drzwi jednej z chat, zeskoczyli na ziemię i z łupem w rękach ruszyli ku wejściu. Weszli do środka. Pomieszczenie aż lepiło się od brudu, popiołu i sadzy z wygaszonego glinianego pieca stojącego w centralnej części chaty. Pod jednym z okien znajdowało się pokryte zwierzęcymi skórami duże legowisko. Otwarcie drzwi sprawiło, że wszechobecny wysuszony popiół zawirował w powietrzu. Mężczyźni podeszli do legowiska i niczym worki kartofli rzucili na nie księżniczkę i jej opiekunkę. Stojąc nad nimi z zadowolonymi minami, zatarli swoje brudne łapska, ciesząc się z tego, że tak łatwo im poszło. Oszołomiona brutalnością bandytów opiekunka powoli dochodziła do siebie. Gdy wreszcie dotarło do niej, co się stało, zauważyła leżącą bez czucia księżniczkę. Raptownie chwyciła ją w ramiona i tuląc do siebie wątłe ciałko, głaskała dziewczynkę po główce, łkając jednocześnie. Po chwili załzawionymi oczami spojrzała na bandytów i cichym głosem rzuciła w ich kierunku:

– Czy wiecie, co żeście zrobili? I komu? Król każe was za to pociąć żywcem na kawałki i rzucić psom na pożarcie.

Mężczyźni spojrzeli na siebie i zarechotali ze śmiechu. Ten roślejszy pochylił się nad nią. Spoważniał.

– Wiemy, wiemy. – Wycedził przez zęby. – Najpierw musi nas znaleźć. Póki co, ja tutaj jestem twoim królem i to mnie masz słuchać. Zrozumiano!? – Zrobił zamach, jakby chciał uderzyć kobietę. Pohamował się jednak i wyciągnął rękę, by dotknąć księżniczki. Opiekunka zasłoniła ją swym ciałem.

– Ani mi się waż! – zawołała.

W tym momencie Kinia ocknęła się i otworzyła oczy. Zupełnie nie wiedziała, co się z nią dzieje, gdzie jest, co robi w takim, zupełnie nieznanym jej miejscu. Omiotła pomieszczenie wystraszonym wzrokiem. Gdy spojrzała na brodacza, zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Wyślizgnęła się z rąk opiekunki i na czworakach dobiegła do rogu chaty. Z przerażeniem rysującym się na twarzy, skulona, objęła rękoma nogi i schowała między nimi głowę. Jej ciało ogarnęły niekontrolowane dreszcze. Bardzo się bała, w życiu nie czuła takiego strachu. Opiekunka podbiegła do księżniczki i kucnęła przy niej. Brodacz ruszył w ich kierunku, ale ten drugi chwycił go za ramię, szarpnął i zawołał:

– Daj im spokój! Żywe nam potrzebne!

Brodacz powstrzymał się. Wyszarpnął ramię z uścisku kompana.

– Może masz i rację – odezwał się.

– Bo mam rację. Chodźmy stąd, musimy pogadać – rzekł ten drugi i opuścili pomieszczenie.

Gdy za bandyci wyszli, opiekunka natychmiast wzięła dziecko na ręce i przeniosła na legowisko. Tuląc małą do piersi, zapłakała. Po chwili drzwi otworzyły się raptownie i do pomieszczenia znów weszli dwaj brodaci mężczyźni. Ten roślejszy i bardziej brutalny w zachowaniu podszedł do legowiska i rzucił w kierunku opiekunki:

– Wstawaj!

Kobieta, która trzymając w objęciach dziewczynkę, bujała się z nią w przód i tył, nie zareagowała.

– Słyszysz, co mówię!? – Pochylając się, chwycił ją za ramię. Kobieta wypuściła z rąk księżniczkę. Brodacz pociągnął silniej i postawił przerażoną kobietę na nogi.

Dziewczynka wybudziła się. Gdy ponownie dotarło do jej świadomości, gdzie się znajduje, zaczęła histerycznie krzyczeć, chwytając jednocześnie opiekunkę za nogi. Kobieta, nie zrażona tym, że bandyta jest o połowę wyższy, zaczęła okładać go pięściami. W tym momencie w bójkę włączył się drugi z mężczyzn. Oderwał dziecko od nóg opiekunki i popchnął dziewczynkę na legowisko. Kinia straciła przytomność. W końcu brodacz szarpiący się z opiekunką stracił cierpliwość. Uniósł ją do góry i potrząsnął. Poskutkowało. Postawił ją na ziemi.

– A teraz posłuchaj! – odezwał się. Odczekał, aż ta się uspokoi. Gdy to nastąpiło, wycedził przez zęby:

– Bachor tutaj zostanie, a ty wrócisz do stolicy i powiesz królewiczowi, że odzyska córkę, jak zapłaci nam okup w złocie.

– Nie zostawię jej tutaj! Ona jest chora i potrzebuje pomocy! – ni to wykrzyczała, ni wypłakała.

– Nic jej nie będzie. Szybciej zapłacą, to szybciej ją odzyskają. Rozumiesz?!

– Nie zostawię jej! – Opiekunka nie ustępowała.

Brodacz zamachnął się na nią.

– Pojedziesz! – zawołał groźnie. Zrozumiała, że jednak nie ma wyjścia. Musi jechać. Ci bandyci za nic mają życie dziecka. Musi więc zrobić wszystko, by je ratować. Przytaknęła .

– Ale obiecajcie, że nie zrobicie jej krzywdy! – Bardziej wypłakała niż zażądała.

– Masz moje słowo. Nie po to ryzykowaliśmy życiem, by teraz stracić taką okazję zarobku. – Spojrzał na kamrata i rzucił w jego kierunku:

– Dawaj rychło konie i wieź tę babę do królestwa. Jest świadkiem, że bachor żyje, więc niech sypną złotem za jego uwolnienie.

Na wieść o porwaniu księżniczki Królewicz i Kopciuszek zaczęli rwać sobie włosy z głowy. Dopiero pojawienie się opiekunki z informacjami od porywaczy dało im nadzieję na odzyskanie ukochanego dziecka. Bez zwłoki przygotowano żądany okup i zorganizowano wyprawę, której w tajemnicy miała przewodzić królewska para. Jeszcze tego samego dnia konwój ruszył w podróż.

***

Kinia leżała skulona na legowisku. Jej ciałem wstrząsały dreszcze. Nie wiadomo, czy było to skutkiem choroby trawiącej jej ciało, czy chłodu panującego w tym zamkniętym na cztery spusty pomieszczeniu.

– Mamo… mamusiu… mamusiu – Jej słowa powoli cichły. Zapadała w sen.

Niespodziewanie drzwi otworzyły się i do środka wszedł jeden z brodaczy. W rękach trzymał miskę z zalewajką i dzban z mlekiem. Podszedł do leżącej księżniczki.

– Masz. Jedz – odezwał się, stawiając naczynia na ziemi obok jej posłania. Dziewczynka nie zareagowała. Leżała bez ruchu. Tknięty złym przeczuciem bandyta pochylił się nad nią.

– Ty, mała – odezwał się, dotykając delikatnie jej ramienia. Nie zareagowała. Klęknął, przyłożył głowę do piersi i przez chwilę nasłuchiwał. Oddychała. Poczuł ogromną ulgę. Chwycił dziewczynkę za ramię i potrząsnął nią.

– Ty! Obudź się!

Dziewczynka nadal nie reagowała.

– Słyszysz!? Ty, mała – Ponownie potrząsnął. Brak reakcji. Odwrócił ją na plecy i spojrzał na twarz. Buzia była zaróżowiona. Dotknął czoła. Było gorące. Zerwał się na nogi i wybiegł na zewnątrz.

– Siodłać konie! – zawołał do kręcących się po obejściu mężczyzn. – Z małą jest źle. Ma gorączkę. Jedziemy do znachorki!

Tymczasem Macocha wraz z córkami z niecierpliwością wyczekiwała pojawienia się królewskiego orszaku z małą księżniczka. Dziwiło ich i wściekało, że tak długo muszą na niego czekać. Wzniecona na nowo chęć zemsty narastała z każdą chwilą. Mikstura, którą tak przezornie zabrały ze sobą, czekała w dzbanku na stole. Jeden łyk podany dziewczęciu załatwiłby sprawę od razu, ale wsmarowany w ciało odwlecze śmierć, co nie powinno wzbudzić podejrzeń. Wymyśliły, że równocześnie będą leczyć księżniczkę ziołami i wcierać w jej młode ciało truciznę, co skaże ją na powolną, lecz bezbolesną śmierć. Zemsta będzie podwójnie słodka, bo śmierć Kini byłaby także tragedią dla królewskiej pary, a przede wszystkim – dla Kopciuszka. Jednocześnie Macocha wraz z córkami uwolniłaby się od podejrzeń. Nie pozostało im nic innego, tylko czekać, bo, jak mówi stare przysłowie: „co się odwlecze, to nie uciecze”.

Dalsza część opowiadania

Dostęp do tego wpisu możesz odblokować w formularzu poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *