
BOB KINPETS
FLIGHT HM 730
Mystery SF
„Wszelkie postacie, miejsca oraz wydarzenia przedstawione w niniejszej powieści są wytworem wyobraźni autora. Choć fabuła stanowi autonomiczną wizję literacką z gatunku science fiction, zainspirowaną niewyjaśnionymi zagadkami współczesnego lotnictwa, opisywane w niej linie Horizon (rejs HM-730)są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do autentycznych osób, przedsiębiorstw lub zdarzeń jest całkowicie przypadkowe.”
Jazda nocą nigdy nie była moją mocną stroną. Paskudna pogoda tylko pogarszała sprawę – porywisty wiatr i siąpiący deszcz wymagały ode mnie maksymalnego skupienia. Wjechałam w las. Nieznacznie zwolniłam, włączyłam światła drogowe i przeciągle ziewnęłam. Ogarniała mnie senność. Znużenie było tak dotkliwe, że zaczęłam rozważać zatrzymanie się na poboczu i krótką przebieżkę wokół auta – podobno to stary, sprawdzony sposób.
Niespodziewany, przytłumiony odgłos eksplozji dochodzący gdzieś z oddali w ułamku sekundy zburzył te rozważania. Odpuściłam gaz i przyciszyłam radio. Poza cichym szumem silnika i miarowym tarciem wycieraczek o szybę nic nie przykuło mojej uwagi. „Może się przesłyszałam?” – przemknęło mi przez myśl.
Zerknęłam na deskę rozdzielczą. Zegar wskazywał dokładnie pierwszą jedenaście. Poprawiłam się w fotelu i pocierając oczy, ponownie ziewnęłam. Jeszcze z godzina jazdy i będę mogła wyciągnąć się we własnym łóżku. Rozmarzyłam się. Być może jestem staroświecka, ale piosenka „Sway” w wykonaniu Rity Hayworth, płynąca właśnie z głośników, mile łechtała mój słuch.
Pogłaśniając radio, spojrzałam przed siebie i w ułamku sekundy, z przerażeniem w oczach, zapierając się mocno o kierownicę, wcisnęłam pedał hamulca do oporu. Pomimo mokrej nawierzchni samochód gwałtownie zwalniał. W moim kierunku, środkiem jezdni, machając rękami, biegł jakiś mężczyzna.
Auto zatrzymało się tuż przed nim. W biegu jeszcze dotknął ręką maski, obiegł przód samochodu i nim ochłonęłam, szarpnął za klamkę, bez słowa wskakując na przednie siedzenie. Zatrzasnął drzwi. Byłam przerażona. Serce o mało mi nie stanęło. Tymczasem intruz spojrzał na mnie wylęknionym wzrokiem i dysząc ciężko, zawołał:
— Niech pani jedzie!
O dziwo, jego głos nie zabrzmiał stanowczo, a wręcz przeciwnie – był raczej błagalny. Ruszyłam z duszą na ramieniu. Przyciszyłam radio, bo muzyka zaczęła mnie drażnić. Nie wiedziałam, o co pytać. Moja dziennikarska pewność siebie zawiodła na całej linii, a w głowie miałam absolutny mętlik.
Tymczasem mężczyzna zdjął okulary, przetarł mokrą od deszczu twarz i pomasował czoło. Przez chwilę mrużył oczy, jakby bez szkieł świat wokół niego stawał się jeszcze bardziej nieczytelny. Rąbkiem koszuli przetarł szkła i ponownie założył je na nos. Spojrzał na mnie.
— Dziękuję pani — odezwał się cicho.
— Nie ma za co — odburknęłam, wciąż podenerwowana.
Przestało padać, więc wyłączyłam wycieraczki i przyjrzałam się pasażerowi. Był to niewątpliwie Azjata o wątłej budowie ciała, na oko mógł mieć nie więcej niż trzydzieści lat. W jego skośnych oczach czaiło się skrajne wyczerpanie.
Tymczasem z radia dobiegł rześki, radosny głos:
— …A teraz dla przypomnienia tym, którzy nas słuchają. Jest dziewiąty stycznia dwa tysiące dwudziestego szóstego roku…
Wyłączyłam odbiornik. Mężczyzna gwałtownie odwrócił głowę w moją stronę i wskazując drżącą ręką na deskę rozdzielczą, zapytał z niedowierzaniem:
— Cooo? Co on powiedział? Który to rok?
Spojrzałam na niego, nie kryjąc zdziwienia. Nie czekając na odpowiedź, wcisnął się w oparcie fotela i wzdychając, zaczął masować czoło. Nie miałam pojęcia, co miał na myśli. Przecież wyraźnie było słychać głos spikera. Ciekawość jednak zwyciężyła.
— Nie rozumiem… — zapytałam. Nie odpowiedział. Wciąż pocierał palcami czoło.
Nagle na tle ciemnego nieba pojawiły się ruchome punkty świetlne, które z każdą sekundą dosłownie rosły w oczach. Dołączył do nich narastający warkot silników nisko lecących helikopterów. Silne reflektory smagały wierzchołki drzew i oba pasy jezdni. Jeden z nich zwolnił tuż nad nami, omiatając nasz samochód oślepiającym snopem światła.
Mężczyzna siedział nieruchomo, ze wzrokiem utkwionym przed siebie. Gdy helikopter odleciał, obrócił sylwetkę w kierunku tylnej szyby i odprowadził go wzrokiem. Po chwili, spoglądając na mnie, pokazał drżącym palcem na smartfona zamontowanego na szybie.
— Mogę skorzystać? — zapytał.
Westchnęłam. Z zasady nie pożyczam telefonu nikomu obcemu, ale w tym przypadku raczej nie miałam wyboru.
— Proszę — odparłam krótko.
Drżącymi dłońmi wyjął go z uchwytu. Przez moment wpatrywał się w ekran z mieszaniną fascynacji i niedowierzania. Jakoś tak dziwnie na mnie spojrzał, ale nic nie powiedział. Poprawił tylko okulary i wystukał numer. Przyłożył aparat do ucha. Ciszę przerwał pierwszy sygnał, a zaraz po nim mechaniczny głos, który wyraźnie słyszałam, gdyż słuch miałam nad wyraz wyczulony na dźwięki:
— Przepraszamy, numer, pod który dzwonisz, został odłączony lub nie jest już aktywny.
Rozłączył się. Dotknął ręką czoła i wyraźnie błądził gdzieś myślami. Ponownie wystukał
jakiś numer i przykładając słuchawkę do ucha spojrzał na mnie. Z telefonu doleciał krótki dźwięk i po ułamku sekundy słychać było znaną formułkę poczty głosowej.
– Mark, błagam, odbierz — ni to krzyknął, ni to powiedział do siebie. Odczekał aż skończy się komunikat i rzucił do słuchawki — Mark! To ja, Peter. Oddzwoń natychmiast. Błagam! Czekam! Oddzwoń pod ten numer!
„Peter?” — przeleciało mi przez myśl. To imię zupełnie do niego nie pasowało. Rozłączył się i odłożył telefon na miejsce, rzucając krótkie, puste „dziękuję”.
— Jest noc, pewnie ten Mark śpi — odezwałam się, choć moje słowa pocieszenia brzmiały w tej ciszy wyjątkowo marnie. Jednocześnie złapałam się na tym, że mówię do niego jak do dobrego znajomego, zapominając o strachu, który napędził mi kilka minut wcześniej.
Z naprzeciwka nadciągnęła kolumna pojazdów. Feeria niebiesko-czerwonych świateł stroboskopowych zmusiła mnie do maksymalnego skupienia na jeździe. Chwilę później, z zawrotną prędkością, przemknęły obok nas trzy czarne Vany. Zacisnęłam dłonie na kierownicy. Kumulacja zdarzeń ostatnich minut całkowicie wygnała ze mnie senność.
Nagle z tyłu dobiegł narastający warkot. Silny snop światła padł z góry, omiótł okno szyberdachu i zawisł nad przednią szybą. Oślepiło mnie to tak bardzo, że zmuszona byłam zjechać na pobocze i zatrzymać auto. „Ki diabeł?” — pomyślałam w duchu. We wnętrzu zrobiło się jasno jak w słoneczny dzień, a nawet bardziej. Po chwili okolicę wypełnił tubalny, zniekształcony przez megafon głos:
— PROSZĘ OPUŚCIĆ SAMOCHÓD!
Mężczyzna spojrzał na mnie z przerażeniem. Dotknął mojej dłoni i prawie załkał:
— Niech mi pani pomoże… błagam.
Wpatrywałam się w jego wylęknione oczy niczym sroka w kość, nie mając bladego pojęcia, na czym ta moja pomoc miałaby polegać.
— POWTARZAM: PROSZĘ OPUŚCIĆ SAMOCHÓD! — zagrzmiało nad naszymi głowami.
Wyłączyłam silnik i nie wyjmując kluczyka, pchnęłam drzwi. Wysiedliśmy niemal jednocześnie.
— Ręce na dach i proszę stanąć w rozkroku!
Komenda nie podlegała dyskusji. Posłusznie oparłam dłonie o karoserię. Mój pasażer po
przeciwnej stronie zrobił to samo, choć nerwowo zerkał na boki. Helikopter, trzymając nas w
świetle reflektorów, zaczął osiadać na jezdni. Nagle w głębi drogi pojawiły się światła szybko jadącej ciężarówki. Po okolicy rozszedł się donośny dźwięk klaksonu. Pilot musiał wybierać: ryzykować zderzenie ze zbliżającym się w zawrotnym tempie pojazdem lub poderwać maszynę. Wybrał to drugie rozwiązanie. W tym samym momencie Azjata, zupełnie niespodziewanie, oderwał ręce od dachu i rzucił się biegiem w kierunku lasu.
Pęd powietrza wywołany przez ciężarówkę o mało nie cisnął helikopterem o drzewa. Reflektory smagały okolicę niczym oszalałe, aż pilot zdołał ustabilizować lot. Maszyna wzniosła się gwałtownie nad wierzchołki drzew, obróciła w miejscu i zniknęła nad lasem. „Widocznie w międzyczasie musieli zauważyć uciekiniera” — pomyślałam. Zostałam sama. Zrobiło się nienaturalnie cicho i ciemno. Słyszałam tylko bicie własnego serca.
Nagle od strony lasu dobiegły krótkie serie z karabinu maszynowego. To mnie śmiertelnie przeraziło. Postanowiłam wiać, gdzie pieprz rośnie.
Szarpiąc za klamkę, otworzyłam drzwi na całą szerokość. Zdążyłam włożyć prawą nogę do wnętrza auta, gdy nagle usłyszałam ten charakterystyczny, ciężki łopot śmigła. Helikopter błyskawicznie wyłonił się znad wierzchołków drzew, zrobił obrót wokół mojego samochodu i zawisł przodem nad moją głową niczym mechaniczny drapieżnik. Znowu zrobiło się biało jak w środku dnia.
„No rzesz…” – stłumiłam przekleństwo. Stanęłam obok auta i ze złością zatrzasnęłam drzwi. Nie czekając na komendy, które już zdążyłam poznać, oparłam ręce o dach i stanęłam w rozkroku., Kątem oka zerknęłam za siebie, ale reflektor raził nieludzko. Porywisty podmuch od wirników targał moimi włosami i niemal zdzierał ze mnie ubranie. Oparłam czoło o zimny metal karoserii, zamknęłam oczy i czekałam. O dziwo, lęk wyparował, a na jego miejsce przyszło chłodne otępienie.
Helikopter osiadł na jezdni kilkanaście metrów dalej, wciąż trzymając mnie w kleszczach światła. Nagle poczułam czyjąś obecność. Wykręcono mi ręce do tyłu, stal kajdanek boleśnie zacisnęła się na nadgarstkach i – co ostatecznie odebrało mi dech – na głowę narzucono mi ciężki, szmaciany worek. W tej samej sekundzie reflektor zgasł, pozostawiając pod moimi powiekami pulsujące, białe plamy. Ciemność i nagła duchota o mało nie doprowadziły mnie do omdlenia. Co się dzieje, do jasnej cholery?!
Popychana i prowadzona pod ręce, z głową przygiętą do karku, poczułam pod stopami metalowy pokład. Usadowiono mnie na twardej ławce, a sekundę później wirniki nabrały potężnego pędu. Poczułam, jak wznosimy się w górę. Adrenalina, która wcześniej buzowała mi we krwi, zaczęła powoli ustępować miejsca lodowatemu spokojowi.
Zaczęłam chłodno analizować sytuację. Znałam swoje prawa i wiedziałam, że to, co się właśnie dzieje, wykracza poza wszelkie procedury. Czułam obok siebie obecność innych osób, ich miarowy oddech, ale wiedziałam, że pytania teraz nie mają sensu. Pozostało czekać. Po kilkunastu minutach, które dłużyły się w nieskończoność, poczułam wstrząs lądowania. Zaprowadzono mnie do jakiegoś pomieszczenia. Dopiero tam zdjęto mi kajdanki i zerwano ten przeklęty worek. Żołnierz wyszedł bez słowa, a szczęk zamka oznajmił mi, że zostałam sama.
Rozejrzałam się. Standardowy pokój przesłuchań, jak z taniego serialu kryminalnego, tylko ten był przerażająco realny. Prostokątny stół, dwa twarde krzesła i wielkie, przykurzone lustro na pół ściany. Usiadłam twarzą do własnego odbicia, założyłam nogę na nogę i czekałam. Dreszcz emocji zaczął wypierać lęk. Moja dziennikarska intuicja podpowiadała mi, że biorę udział w czymś niezwykłym, a klucz do tej tajemnicy ma niewątpliwie ten Azjata.
Kiedy drzwi skrzypnęły, do środka wszedł postawny mężczyzna. Zamurowało mnie. To nie był typowy służbista w marnym garniturze. Ten człowiek był ucieleśnieniem nieludzkiej, niemal geometrycznej elegancji. Ciemny garnitur leżał na nim jak pancerz, a twarz skrywały czarne okulary – dwa nieprzeniknione lustra. Każdy jego gest był wyliczony z precyzją procesora. Poczułam dreszcz na plecach – instynkt podpowiadał mi, że ten człowiek jest ekstremalnie niebezpieczny.
— Co, chłodno tutaj? – odezwał się, kładąc na stole lśniący, zielony skoroszyt. Głos miał wyprany z emocji, metaliczny. Odsunął krzesło i usiadł. Nie odpowiedziałam.
— Agent specjalny Robert Brown — przedstawił się, nawet na mnie nie patrząc. Chrząknął,
otworzył skoroszyt i zaczął recytować: — Suzanne Dolan. Dziennikarka, wolny strzelec.
Urodzona w Nowym Jorku, rocznik 1986…
— Przepraszam — przerwałam mu ostro. — Darujmy sobie biografię. Znam ją lepiej od pana. Poproszę o konkrety. Jest późno, jestem wykończona – uniosłam głos, czując jak złość przejmuje nade mną kontrolę – jakim prawem mnie tu trzymacie?!
Odłożył kartkę i oparł łokcie o blat. Przez te nieprzeniknione, czarne szkła spojrzał mi prosto w twarz.
— Proszę się uspokoić. Zaraz wszystko wyjaśnimy, okay? — Wcisnęłam się w oparcie krzesła, zakładając ręce za siebie i zamieniłam się w słuch.
— A więc krótko – kontynuował – czy ten człowiek, którego pani wiozła, to pani znajomy? …
— Ten człowiek, proszę pana, o mało nie zginął pod kołami mojego samochodu. Wymusił zatrzymanie i nieproszony wskoczył do środka. Widziałam go pierwszy raz w życiu.
Niespodziewanie zadzwonił telefon stojący na stole. Mężczyzna spojrzał na mnie.
— Przepraszam – rzucił, a jakże, kulturalnie i odebrał. Wsłuchując się w głos w słuchawce, wstał z krzesła. Zacisnął szczękę i zaciągając się powietrzem, spojrzał w sufit. „Czyli coś poszło nie po twojej myśli?” – pomyślałam w duchu.
— Dziękuję — rzucił szorstko i rozłączył się. W zamyśleniu zwarzył jeszcze słuchawkę w ręku i odłożył ją na widełki. Usiadł. Schował kartki do skoroszytu, zamknął go i opierając się łokciami o biurko, wbił we mnie ten swój cholerny wzrok. Ponownie poczułam ciarki na ciele.
— Na czym to skończyliśmy? Aha… Proszę mi powiedzieć: czy ten nieznajomy mówił coś o sobie? Kim jest? Skąd się wziął? Jakby na to nie spojrzeć, nie była to typowa sytuacja na drodze, nie uważa pani?
— Tak właśnie uważam. Nie, nic nie tłumaczył. To działo się zbyt szybko.
Brown wbił się w oparcie krzesła i głęboko westchnął. Po sekundzie wstał. Wstałam i ja.
— Mogę pani powiedzieć tylko tyle: miała pani dużo szczęścia.
— Tak? A to dlaczego? – zaciekawiłam się.
— Bo wbrew pozorom, proszę pani, to bardzo niebezpieczny osobnik.
— Tak przypuszczałam.
— Nie rozumiem. Przypuszczała pani? — zdziwił się.
— W przeciwnym razie byście do niego nie strzelali, prawda?
Zatkało go. Chyba nie spodziewał się takiej riposty. Westchnął ciężko i potarł czoło.
— No cóż… Czasami musimy podejmować radykalne kroki, by zapobiec większemu nieszczęściu.
Radykalne kroki? Coś mi tu śmierdziało na kilometr. Nie miałam już zupełnie ochoty na wymianę zdań. Czułam ogarniające mnie zmęczenie i pragnęłam tylko rzucić się na własne łóżko. Brown podszedł do drzwi i zapukał. Wszedł żołnierz z kajdankami i tym przeklętym workiem. Nie miałam już siły protestować.
Gdy helikopter miękko osiadł na ziemi, zdjęto mi kajdanki i ściągnięto worek z głowy. Było już widno. Agent Brown wyskoczył na zewnątrz i podał mi rękę. Nie odwzajemniłam gestu – potrafię radzić sobie sama. Chciałam, żeby wiedział, że się go nie boję, choć czułam, że jeszcze nie raz przyjdzie mi się z nim zmierzyć.
Gdy tylko poczułam grunt pod nogami, helikopter poderwał się do lotu i zniknął nad lasem. Kilka metrów dalej na poboczu stał mój samochód i czarny van z kierowcą w środku. Gdy podchodziliśmy do mojego samochodu, Brown przyspieszył kroku i otworzył mi usłużnie drzwi od strony kierowcy. Zamierzałam wsiąść, gdy usłyszałam znaczące chrząknięcie. Spojrzałam na niego.
— Jeszcze coś? — zapytałam.
— Tak. Jeszcze coś. Czy mógłbym panią prosić o pewną przysługę?
Powiedział to łagodnym głosem, ale nie miałam złudzeń – ta prośba, prośbą na pewno nie będzie, a zapewne zawoalowanym rozkazem.
— Słucham – odezwałam się.
— Uważam, że byłoby lepiej dla nas obojga, gdyby pani po prostu zapomniała o wydarzeniach tej nocy. A zwłaszcza o tym incydencie z nieznajomym. Mogę na to liczyć?
Westchnęłam. Jednak miałam rację z tą jego niby prośbą.
— Ciężko będzie — odparłam w końcu — ale postaram się zapomnieć.
— Cieszę się, że się rozumiemy.
— To wszystko? – zapytałam.
— Tak, to wszystko – odpowiedział i odsunął się od mojego auta.
Wsiadłam i zatrzasnęłam drzwi. Przekręcając kluczyk w stacyjce, zerknęłam w bok – Brown pochylił lekko sylwetkę i zasalutował.
— Miłego dnia życzę! — zawołał.
Nie podziękowałam. Ruszyłam. Wjeżdżając na asfalt, spojrzałam w lusterko. Ten przeklęty agencik stał z rękami na biodrach, odprowadzając mnie wzrokiem spod swoich ciemnych okularów, kręcąc przy tym głową. Spoglądając na drogę przed sobą, dopiero w tym momencie mogłam spokojnie odetchnąć. Za plecami zostawiłam koszmar, którego nie życzę najgorszemu wrogowi.
*
Do domu dotarłam bez przeszkód. Szybki prysznic i ukochane łóżko pozwoliły mi na chwilę odciąć się od koszmaru. Wstałam około dziesiątej, czując się o dziwo całkiem wyspana. Zalewając kawę wrzątkiem sięgnęłam po pilota. Na dole ekranu telewizora wolno przesuwał się jadowicie czerwony pasek informacyjny: KATASTROFA MYŚLIWCA F-35 LIGHTNING II.
Prowadzący tłumaczył, że do zdarzenia doszło w nocy, w gęstych lasach zaledwie pięćdziesiąt mil na północny wschód od Miami. Poczułam lodowaty dreszcz. Przecież dokładnie stamtąd wracałam. A więc jednak – to nie było złudzenie. To był ten wybuch, który słyszałam.
Z filiżanką w dłoni przysiadłam na krawędzi krzesła. Prowadzący przekazał głos reporterowi w terenie.
Mężczyzna w przydużej, kwiecistej koszuli z krótkim rękawem, którą wściekłe podmuchy wiatru próbowały zerwać z niego, siedział przypięty pasami za fotelem pilota helikoptera i starając się przekrzyczeć ryk silnika, darł się do trzymanego w dłoni mikrofonu.
— …F-35 to chluba amerykańskiej armii. Maszyna, która wylatała sto tysięcy godzin bez awarii…— zawiesił głos – do teraz.
Kamera zrobiła zbliżenie na wojskowy kordon stworzony z helikopterów wiszących nieruchomo nad lasem wokół miejsca domniemanej katastrofy. Niedaleko od miejsca wypadku widać było kilkupiętrowe zabudowania. Reporter zauważył, że armia z niezwykłą starannością izoluje teren, jakby pilnowała czegoś znacznie cenniejszego niż stosu spalonego aluminium. Zerknęłam na leżącą komórkę, bo kątem oka dostrzegłam, że wyświetlacz błysnął. Sięgnęłam po nią. Było kilka nieodebranych połączeń z nieznanego numeru. Nie zdążyłam wyjść ze stanu wyciszenia, gdy telefon ożył w moich dłoniach. Ten sam numer. Odebrałam.
— Suzanne Dolan, słucham? – zaczęłam niepewnym głosem.
— Przepraszam, że niepokoję, ale ostatniej nocy dzwoniono do mnie z tego numeru — usłyszałam męski, wyraźnie podenerwowany i obcy mi głos.
Ja dzwoniłam? Kiedy? Sekunda namysłu i przed oczami stanął mi obraz Petera sięgającego po mojego smartfona.
— A, tak – ożywiłam się. — Użyczyłam telefonu pewnemu mężczyźnie.
— A gdzie on teraz jest? — Głos w słuchawce drżał.
— Nie wiem. Nie mam pojęcia. Rozstaliśmy się chwilę później.
— Jak wyglądał? Może mi go pani opisać?
— A z kim w ogóle mam przyjemność? — zapytałam, bo zorientowałam się, że facet wciąż się nie przedstawił, a z zasady chcę wiedzieć z kim rozmawiam.
— Nazywam się Mark Probosz. Byłem przyjacielem Petera… jeśli to rzeczywiście on się nagrał.
— Był pan? To już pan nie jest? — palnęłam, nie wiedząc czemu.
— Powiedzmy, że nasz kontakt urwał się dosyć dawno. Może mi go pani opisać?
– Opisać? – Wyraziłam zdziwienie. Westchnęłam.
– Tak, proszę go opisać. Jak wyglądał, jak się zachowywał– dobiegło ze słuchawki.
— No cóż… około trzydziestu lat, szczupły, niezbyt wysoki, z rysów twarzy Azjata… miał takie zwykłe okulary. Jeszcze chce pan coś wiedzieć?
W słuchawce zapadła grobowa cisza. Słyszałam tylko ciężki, urywany oddech.
— Jest pan tam? — rzuciłam w przedłużającą się pustkę.
— Tak, tak… jestem — głos rozmówcy brzmiał, jakby zaraz miał zejść z tego świata. — To dziękuję pani. – Rozłączył się. Spoglądając ze zdziwieniem na trzymany w ręku telefon wzruszyłam ramionami. Odkładając go, kątem oka zarejestrowałam zmianę w telewizji. Przebitkę z helikoptera zastąpiły reklamy karmy dla kotów. Przełączyłam na kanał NTV-NEWS, gdzie jako reporterka pracowała Margaret Koren – moja sąsiadka i przyjaciółka zarazem. Lubiłam ją, a zwłaszcza dwójkę jej rozbrykanych dzieciaków: Oliwkę, ciemnowłosą ośmiolatkę, i o rok starszego od niej Leosia.
Byłam dla nich taką przyszywaną ciocią. Zdarzało się, że odwoziłam je do szkoły, gdy Margaret niespodziewanie musiała rzucić wszystko i wyjechać w teren, by robić te swoje newsy.
Akurat trafiłam na jej wejście na żywo. Margaret stała przed białym, kilkupiętrowym budynkiem, który tonął w głębokim cieniu świerków.
Obok niej stał mężczyzna w sterylnym, lekarskim kitlu. Teren wokół był ogrodzony wysokim płotem z siatki. Jakieś kilkanaście metrów dalej widać było szeroką bramę wjazdową, która była zamknięta, a za nią obszerny parking z kilkoma samochodami.
— …te światła, o których pani wspomina — lekarz uniósł rękę, kreśląc w powietrzu szeroki łuk — pojawiły się dokładnie tam. A samolot uderzył o, tam — wskazał w przeciwnym kierunku.
Margaret zadarła głowę, a kamerzysta podążył za jej wzrokiem ku
wierzchołkom drzew.
— I pan to wszystko widział? — zapytała z powątpiewaniem.
Lekarz milczał, patrząc prosto w obiektyw. Sprawiał wrażenie jakby analizował w głowie swoje ostatnie słowa. W końcu zaczął mówić spokojnym głosem.
— Miałem dyżur nocny. Moi pacjenci z górnych pięter zaczęli zgłaszać, że widzą dziwne światła lądujące w lesie. Uznałem, że to zbiorowa halucynacja, albo, co było bardziej prawdopodobne, robią sobie żarty ze mnie. Przecież to szpital psychiatryczny, więc tutaj wszystko jest możliwe. Ale gdy w końcu pojawiłem się na górze, nadleciał ten samolot i dosłownie rąbnął o ziemię. Całe szczęście, że nie trafił w las, bo musielibyśmy się ewakuować.
— Czyli był pan naocznym świadkiem tej katastrofy?
— Tak… niestety. Moi podopieczni zresztą też.
— A te światła? Bo ciągle mówi pan o światłach. Same światła to były? Nic więcej? Latarnie jakieś? – Na twarzy Margaret pojawił się lekki uśmiech.
– No tak – lekarz chrząknął – mówię ciągle o samych światłach. To były jakieś dziwne obiekty o kształcie cygara… ja wiem? Były może wielkości autobusu? Emanowały dziwnym światłem o bliżej nieokreślonym kolorze. Jak by wszystkie kolory świata zlewały się w jeden. Nie mogę tego dokładnie opisać. Pierwszy raz w życiu coś takiego widziałem.
Nagle kamerzysta zrobił gwałtowne zbliżenie na bramę. Przed szpitalem z impetem zatrzymywały się trzy czarne Vany. Ich stroboskopy raziły wzrok nawet przez ekran. Z aut wysypali się mężczyźni w ciemnych garniturach.
Obiektyw kamery wrócił do poprzedniej pozycji. Lekarz spoglądał w stronę bramy, która właśnie zaczęła się otwierać. Margaret spojrzała w obiektyw i chowając głowę w ramiona rozłożyła ręce w geście zdziwienia. Obraz nagle znikł. Na wizji pojawił się dziennikarz w studio. Przekładając leżące przed nim kartki spojrzał w kamerę i zreflektował się że jest już na antenie. W tej samej sekundzie nienaturalnie głośny dzwonek mojej komórki sprawił, że serce podeszło mi do gardła. Spojrzałam na wyświetlacz. Szef? Co on chce o tej porze? Wzdychając ciężko odebrałam — Sussi? — w słuchawce usłyszałam podekscytowany głos Tima.
– Nie, Święty Mikołaj. Co się stało? — odparłam bez entuzjazmu. Tim potrafił być irytujący jak tarcie styropianu o szkło. A nie daj Boże przed pracą.
— W domu teraz jesteś? — wyrzucił z siebie, ignorując sarkazm.
— Jeszcze tak, a co się stało?
—Włącz wiadomości. Szybko! – rzucał słowami jak by siedział na rozżarzonych kamieniach.
— Mam włączone — mruknęłam, odstawiając filiżankę.
— I co o tym sądzisz? — Głos mu drżał.
– O czym? Bo nie rozumiem?
— Jak to o czym? O chlubie naszego lotnictwa, o tym F-35! To temat roku!
— Dopiero zaczęłam oglądać. Nie mam jeszcze wyrobionego zdania — skłamałam gładko.
— To wyrób je sobie szybko, Sussi. Pentagon milczy jak grób. Wszyscy wokół nich też. Liczę na ciebie. Jak zawsze. Pa.
Rozłączył się. Przez dłuższą chwilę siedziałam nieruchomo. Błękitne światło
ekranu odbijało się w mojej niedopitej kawie. Co się ze mną dzieje? Mój dziennikarski instynkt, ten mój wewnętrzny pies gończy, który zawsze pierwszy czuł krew, nagle zasnął? Ten temat nie prosił o uwagę? – On wył o moją interwencję. Zwłaszcza teraz, gdy stałam się jego nierozerwalną częścią. Okazuje się, że odgłos nocnej eksplozji, który pulsował mi jeszcze gdzieś w zakamarkach głowy, nie był złudzeniem. Był dowodem, na to, że byłam w pobliżu miejsca katastrofy tego F-35. Wstałam i wyszłam na taras. Rozejrzałam się po okolicy pełnej zieleni. W głowie pulsowało mi od nadmiaru wrażeń. Kobieto weź się w garść i myśl. Musiałam coś z tym fantem zrobić. Tylko co? Od czego w ogóle zacząć. Gdzie szukać tej przysłowiowej nitki, która nie urwie się przy pierwszym szarpnięciu a poprowadzi mnie prosto do kłębka? To jedyna prosta droga, którą powinnam podążać ku prawdzie. Chwila zastanowienia i nagły impuls: MAM. Mark Probosz. To on powinien być tą przysłowiowa nitką, gdyż łączy go z Peterem, a pośrednio i z tym cholernym agentem. Postanowiłam kuć żelazo póki gorące i zacząć właśnie od niego. Raźnym krokiem wróciłam do mieszkania i chwyciłam za telefon. Odszukałam numer i z bojowym nastawieniem zadzwoniłam. Załączyła się poczta głosowa. Odczekałam chwilę i zadzwoniłam ponownie. Ponownie załączył się automat. No, ciekawie się zaczyna szukanie początku tej nitki, pomyślałam.
Zdążyłam odłożyć telefon, gdy nagle zadzwonił. Odruchowe zerknięcie na wyświetlacz. To on. Odebrałam.
— Tutaj Mark — doleciało ze słuchawki. — Dzwoniła pani?
— Tak, tak. Wie pan co? Myślę, że jednak zbyt szybko zakończyliśmy naszą poprzednią rozmowę — zaczęłam bez zbędnych wstępów.
— Muszę pani powiedzieć, że mam podobne odczucie — głos Marka był niski, lekko wymęczony. — Ciągle analizuję w głowie ten nocny telefon od Petera i to, co pani mi powiedziała… nie potrafię tego ogarnąć. Mój umysł nie może tego przyswoić. To jakaś paranoja.
— Niech pan posłucha — kułam żelazo, póki gorące. — Moja propozycja jest taka: spotkajmy się, i to nawet zaraz. Jestem mobilna, podjadę, gdzie pan zaproponuje.
Umówiliśmy się w kawiarni, jakieś trzydzieści minut jazdy od mojego domu. Mark miał jeszcze coś do załatwienia, więc ustaliliśmy spotkanie za godzinę. Spojrzałam na zegar ścienny. Miałam nieznaczny, ale wystarczający zapas czasu, by po drodze zahaczyć o myjnię. Moje auto po nocnej eskapadzie wyglądało fatalnie. Aż wstyd było takim czymś poruszać się po ulicach w słoneczny dzień. Niestety, na myjni zastałam kolejkę. Zerknęłam na zegarek – nie zdążyłabym.
„Umyję je później” – mruknęłam i niezbyt zadowolona ruszyłam na spotkanie.
W kawiarni zjawiłam się przed czasem. Lokal był niemal pusty. Wyjęłam telefon, mając nadzieję, że jeśli zadzwonię i powiem, że już jestem, to on się pośpieszy. Wybrałam numer. Gdy usłyszałam sygnał, mężczyzna siedzący przy oknie, który obserwował mnie od momentu wejścia, uniósł rękę z komórką, delikatnie nią machając. Ruszyłam w jego kierunku. Wstał i czekał, aż podejdę.
Mark był wysokim, wysportowanym mężczyzną pod pięćdziesiątkę. Ciemna, dobrze skrojona kurtka podkreślała jego szerokie ramiona. Jego twarz, o mocno zarysowanej szczęce, zdobił starannie przystrzyżony, ciemny zarost. Wyglądał schludnie, wręcz bezpretensjonalnie, ale w jego oczach czaił się ten sam rodzaj niepokoju, który czułam ja. Miał w sobie coś z człowieka sukcesu, który nagle stracił grunt pod nogami.
Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, szukając odpowiedzi na pytania, których baliśmy się zadać na głos. Kelnerka postawiła przed nami dwie szklanki coli z lodem i oddaliła się. Mark, pocierając nerwowo czoło, głęboko westchnął.
— Dobiła mnie pani tą informacją… — zaczął z dziwnym, bliżej nieokreślonym smutkiem w głosie. — Przepraszam — ożywił się — mówmy sobie po imieniu, okay? Jestem Mark.
— Suzanne. Przyjaciele mówią do mnie Sussi.
Wstaliśmy, uścisnęliśmy sobie dłonie i usiedliśmy ponownie.
— Ta wiadomość… — zaczął Mark pierwszy — nagranie na poczcie… to mnie zupełnie sparaliżowało. W pierwszej chwili myślałem, że to makabryczny żart kogoś ze znajomych, z którymi wczoraj trochę zabalowaliśmy. Odsłuchiwałem to nagranie niezliczoną liczbę razy, błagając w myślach, żeby to nie był on. Ale głos był identyczny. Taki sam, jaki miałem zakodowany w głowie. To było niemożliwe, a jednak…
Mówił to dosyć chaotycznie, z narastającą emfazą, jakby każde słowo parzyło go w język.
— Dlaczego uważasz, że to niemożliwe? — zapytałam, starając się zachować dziennikarski chłód. — Skoro rozpoznałeś głos, to w czym problem?
Westchnął głęboko, a w jego oczach mignęło coś na kształt obłędu.
— To nadal nie dociera do mojej świadomości, bo… Suzanne, jeśli to rzeczywiście był Peter, ten Peter, o którym ja mówię i myślę, to on nie powinien żyć od wiosny dwa tysiące czternastego roku.
Zamurowało mnie totalnie. Czyżbym w nocy, w tym przeklętym lesie, spotkała ducha? Miałam przecież pewność, że to był człowiek z krwi i kości.
— Ósmego marca dwa tysiące czternastego roku — kontynuował Mark — osobiście odprowadzałem go na lotnisko. Wyleciał z Kuala Lumpur do Szanghaju.
— Czekaj… — Wytężyłam pamięć, łącząc fakty, które znał przecież cały świat. — Chodzi o ten zaginiony samolot? Ten malezyjski?
— Tak. Dokładnie o ten samolot chodzi. To był lot HM-730.
— A kim właściwie był ten Peter? — weszłam mu w słowa. — I kim jest obecnie, bo przecież wyraźnie go widziałam.
— Peter był moim bliskim przyjacielem. Znaliśmy się od dziecka, mieszkaliśmy obok siebie. On był geniuszem elektroniki. Cierpiał na zespół Aspergera, co nie przeszkadzało nam w codziennych relacjach. Był wizjonerem, który postrzegał świat zupełnie inaczej niż zwykły śmiertelnik… Widział go w kodzie binarnym.
— W czym? — nie bardzo kojarzyłam, bo to słowo było mi zupełnie obce.
— W zerach i jedynkach. Tam, gdzie my widzimy kolory czy kształty, on widział czystą informację. Impuls albo jego brak. Tak było mu łatwiej zrozumieć rzeczywistość.
Westchnęłam, wciskając się w oparcie fotela. To jednak nie moja bajka – pomyślałam.
— I co się w końcu stało z tym lotem? — dopytywałam, czując, jak kawałki układanki zaczynają boleśnie do siebie pasować.
— Leciał na światową wystawę elektroniki do Pekinu. Zabrał ze sobą prototyp urządzenia do wykrywania ludzkiej aury, nad którym razem pracowaliśmy. Żartowaliśmy, że to nasz „detektor duszy” — Mark uśmiechnął się blado na to wspomnienie. — Urządzenie pozwalało dostrzec delikatną poświatę, która otacza człowieka. Równolegle pracowaliśmy nad programem do analizy tej poświaty i towarzyszących jej barw. To pozwalało wykrywać wszelkie choroby, zanim w ogóle dałyby objawy. To miał być przełom w medycynie.
Niestety, wraz z naszym odkryciem pojawiły się pierwsze schody.
— Czyli co? — zaciekawiłam się. — Przemysł farmaceutyczny stanął wam na przeszkodzie?
— Nie. W tym momencie nikt jeszcze nie wiedział, nad czym pracujemy. Najpierw musieliśmy to dogłębnie przetestować, i tu dopiero zaczęły się dziać dziwne rzeczy… — westchnął. — Okazało się, że nie każdy człowiek emanuje poświatą, Suzanne. W naszym społeczeństwie funkcjonuje grupa ludzi całkowicie pozbawionych tej aury. I jak się okazuje, jest ich przerażająco dużo.
— No dobrze, nie mają tej poświaty… Może dlatego, że to całkowicie zdrowi ludzie? — Skąd możemy o tym wiedzieć? Czym się to objawia? Sprawdzaliście to na sobie? A ja? Ja mam tę poświatę? Ty masz ją? — zarzuciłam go serią pytań.
— Suzanne, powiedz mi, ale tak od serca — zbagatelizował moje pytania. — Wierzysz w UFO? Inaczej, może źle się wyraziłem: wierzysz w istoty pozaziemskie? Inteligencję, która wyprzedza nas poziomem wiedzy o miliony lat?
— Nie rozumiem — wyraziłam głębokie zdziwienie, bo tym pytaniem zabił mi ćwieka. — Co masz na myśli? Wydarzenia z Roswell?
Zanim zdążyłam uzyskać odpowiedź, telefon Marka zawibrował na stole, wygrywając radosną, kompletnie niepasującą do sytuacji melodię. Spojrzał na mnie i przeprosił. Wstał, odbierając połączenie. Zauważyłam, że jego twarz natychmiast straciła kolory, stając się niemal kredowobiała. Potarł czoło, rzucając mi nerwowe, niemal błagalne spojrzenie. Rozłączył się nagle, jakby aparat go oparzył.
— To Peter? — zapytałam półgłosem. Byłam niemal pewna odpowiedzi. Tylko głos zza
grobu mógł wywołać u niego taki wstrząs. Spojrzał na mnie i kiwnął głową, po czym położyłręce na biodrach.. Spojrzał w kierunku wyjścia, spojrzał ponownie na mnie i rzucił krótkie
– Zawieziesz mnie?
Ciekawość, że spotkam ponownie mojego nocnego gościa wzięła górę nad resztkami zdrowego rozsądku.
– Oczywiście – rzuciłam bez zastanowienia.
Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie wilgotne powietrze oblepiało twarz jak zimna maska. Spojrzałam w niebo. Słońce stopniowo skrywało się za nisko przemieszczającymi się chmurami, a świat wokół nas nagle poszarzał.
— Gdzie stoisz? — dotarł do mnie głos Marka.
— Tam, za rogiem — wskazałam ręką.
Ruszył pierwszy, a ja za nim. Wyciągał te swoje długie nogi tak szybko, że ledwo za nim nadążałam. Gdy tylko wsiedliśmy do wozu, poczułam, jak narastające napięcie wypełnia ciasne wnętrze auta.
— To gdzie jedziemy? — zapytałam, szukając pasa by się zapiąć.
– Na zachód. Jedziemy do Bar & Grill. To tam czasami spotykałem się z Peterem nim poleciał tym nieszczęsnym samolotem. Wiesz gdzie to jest? – zapytał i spojrzał za siebie.
– Nie. Nigdy tam nie byłam.
— Na razie jedziemy prosto — wskazał kierunek, jakby to słowo miało być naszym jedynym azymutem. Zatrzaskując swój pas, ponownie obejrzał się do tyłu.
Przekręciłam kluczyk w stacyjce i ostrożnie włączyłam się do ruchu. Przyspieszyłam. Silnik mruczał cicho, a ja poczułam, jak dłonie zaciskają mi się na kierownicy. Podświadomie ogarniał mnie strach, ale starałam się nie dawać tego po sobie poznać. Spojrzałam kątem oka na Marka. Siedział zamyślony, podpierając głowę ręką opartą o drzwi. Po chwili po raz kolejny obejrzał się do tyłu.
— Boisz się czegoś? — zapytałam.
— Nie, nie… to tylko stary nawyk sprzed lat, kiedy byłem ciągle inwigilowany.
— Co? — zdziwiłam się. — Śledzono cię?
— Przez rok, może dwa, ale to było dawno temu.
— I miało to związek z Peterem?
— Tak ogólnie. I z Peterem, i z tym samolotem.
— I jak się to skończyło?
— W końcu dali mi spokój, ale… — nie dokończył.
— Ale co? — drążyłam.
— Nie, nic. To widocznie tylko przewrażliwienie.
— Teraz w lewo — rzucił krótko, pokazując ręką kierunek, a po chwili dodał: — A teraz w prawo.
Wykonałam manewry zgodnie z jego wskazówkami.
— Teraz już cały czas prosto — odezwał się z wyraźną ulgą, jednocześnie wbijając swoja sylwetkę w oparcie fotela.
Wyjechałam na trasę prowadzącą na zachód. Przyspieszyłam.
— Wspominałeś o przewrażliwieniu. Znowu masz wrażenie, że ktoś za nami jedzie?
— Od wczoraj czuję to samo drżenie na karku. Ale dzisiaj rano miałem też dziwny telefon od Indianina, który na początku pomagał mi szukać Petera.
— Indianina? — Tym mnie zupełnie zaskoczył. Co jakiś tam Indianin może mieć wspólnego z Peterem? – pomyślałam sceptycznie.
— Tak, ale to długa historia. Może kiedyś ci opowiem. Człowiek mieszka daleko stąd, w okolicach Safford. Dzwonił właśnie teraz, po tylu latach, i zapowiedział jutrzejszy przyjazd… Nie wiem, o co mu chodzi. Nie chciał mówić przez telefon, był bardzo przejęty.
— Safford? Safford? — wysilałam umysł, ale ta nazwa nic mi nie mówiła.
— To mała mieścina u podnóża góry Mount Graham — wyjaśnił spokojnie Mark.
— Nadal nic mi to nie mówi — przyznałam szczerze.
— To tam właśnie, na świętym miejscu Indian, Watykan wybudował najnowocześniejsze obserwatorium astronomiczne na świecie.
— Watykan? Obserwatorium? — zdziwiłam się. — A po co im to? Szukają tam Boga?
— Widocznie — uśmiechnął się gorzko, wciąż wpatrując się w drogę przed nami.
Westchnęłam głęboko. Astronomia to zdecydowanie nie była moja bajka. Postanowiłam zmienić temat i uderzyć prosto w to, co nie dawało mi spokoju.
— Powiedz mi tak szczerze, z ręką na sercu… Masz absolutną pewność, że Peter naprawdę wsiadł do tego samolotu? Te dwanaście lat temu?
— Czy mam pewność? Oczywiście! Przecież osobiście odprowadziłem go na terminal. I nie byłem sam. Jest jeszcze świadek, jego dziewczyna, Sumika.
— To on miał dziewczynę? — nie ukrywałam zdziwienia.
— Zapewne dziwi cię to przez jego autyzm? Tak, miał. Kochali się bardzo. W stosunku do niej zachowywał się zupełnie normalnie.
Jechaliśmy chwilę w milczeniu. Mark siedział wciśnięty w fotel, spoglądając tępo na mijany chodnik.
— O czym tak myślisz? — zapytałam cicho.
— Zastanawiam się, dlaczego Peter zadzwonił do mnie, a nie do Sumiki? Przecież to ona była mu bliższa.
— Może zapomniał numeru? — W tym momencie zdałam sobie sprawę, że przecież nocą dzwonił dwa razy. Za pierwszym razem połączenie zostało odrzucone.
Chciałam podzielić się z Markiem swoim spostrzeżeniem, gdy nagle zadzwonił jego telefon. Odebrał błyskawicznie. Słuchał w skupieniu, bacznie obserwując okolicę. Jego twarz, smagana ostrymi promieniami południowego słońca, wydawała się nienaturalnie napięta.
— Tak, będę za chwilę — rzucił półgłosem do słuchawki i rozłączył się gwałtownie.
— Peter się niecierpliwi? — spojrzałam na niego.
— Tak. Jest chyba na skraju wyczerpania. Zaraz będziemy na miejscu.
Mark wskazał dłonią na zajazd ze stacją benzynową.
— Podjedź tam, pod ten Bar & Grill.
Zjechałam z głównej trasy, czując, jak opony chrupią żwir.
— Nie będzie ci przeszkadzać, jak przy okazji zatankuję? — zapytałam, zerkając na ikonkę rezerwy.
— Oczywiście, że nie.
Gdy tylko się zatrzymałam, Mark wyskoczył z auta i ruszył w stronę budynku. Wysiadłam, zatankowałam i zapłaciłam aplikacją. Gdy usiadłam z powrotem za kierownicą, auto nagle zadrżało. Drzwi szarpnęły się niemal jednocześnie. Mark i ten nieszczęsny Peter wpadli do środka jak ścigana zwierzyna.
— Jedziemy! — rzucił krótko Mark.
Przekręcając kluczyk w stacyjce, zerknęłam w lusterko wsteczne. Peter wyglądał na zagubionego. W jego oczach czaił się tępy strach. Gdy nasze spojrzenia skrzyżowały się w odbiciu, jego twarz diametralnie się zmieniła. Gęstniejący lęk ustąpił miejsca głębokiemu zdumieniu.
— To pani?… — w jego głosie, obok niedowierzania, zabrzmiał cień dziwnej nadziei.
Odwróciłam się w jego stronę.
— Tak, Peter, to ja. Widzisz, jaki ten świat jest mały? — posłałam mu blady uśmiech, po czym przeniosłam wzrok na Marka. — Dokąd jedziemy?
— Wracamy — rzucił krótko, szarpiąc za pas bezpieczeństwa.
Wyprowadziłam auto spod zadaszenia i skierowałam się ku głównej drodze. Gdy pod kołami pojawił się gładki asfalt, mocniej docisnęłam pedał gazu, i w tym momencie poczułam wielką ulgę. Nareszcie mamy to za sobą, pomyślałam z zadowoleniem. Wystarczyła chwila spokoju, i nagle zamieniłam się w słuch. Wydawało mi się, że gdzieś z oddali dolatuje znajomy mi już, złowrogi, rytmiczny łomot śmigieł. Lodowaty ucisk w żołądku promieniował na całe ciało. Dźwięk narastał z każdą kolejną sekundą.
Zerknęłam w górne lusterko przed sobą. Peter, z wygiętą sylwetką, obserwował przez tylną szybę zbliżający się w zawrotnym tempie czarny helikopter. Przeniosłam wzrok na lusterko boczne i wyraźnie widziałam, jak ten czarny potwór, kołysząc się z lekka na boki rósł w odbiciu. Na sekundę zamknęłam oczy i zacisnęłam szczęki aż do bólu. Już się domyślałam co jest grane. Czerpiąc w płuca powietrze uderzyłam dłonią w kierownicę, jednocześnie pokręciłam głową.
Niespodziewanie poczułam dotknięcie na ramieniu.
— Ma pani jakąś kartkę? — głos Petera zadrżał przy moim uchu tak mocno, że ledwo go zrozumiałam.
Bez zastanowienia wyjęłam ze schowka notatnik i podałam mu przez ramię. Porwał go i natychmiast skulił się za moim fotelem, jakby próbował zniknąć. Spojrzałam na Marka. Siedział przygarbiony, wpatrując się w lusterko, w którym odbijał się lecący helikopter.
— Co jest, do cholery? — wymamrotał pod nosem. Spojrzałam mu w oczy, robiąc zdziwioną minę, i odruchowo schowałam głowę w ramionach.
Przeniosłam wzrok w swoje lusterko i poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Czarny Van z pulsującymi światłami przebijał się przez natłok aut, manewrując przy pomocy klaksonu. Choć droga przed nami była pusta, odruchowo zwolniłam. Czułam, że to wszystko ma związek ze mną i ludźmi, których wiozłam.
Ale skąd, do cholery, wiedzieli, że tutaj jesteśmy? Czyżby przeczucie Marka nie było tylko
przeczuciem? Czyżby jednak śledzili nas od samego początku?
Zerknęłam w lusterko na drzwiach. Jeden z Vanów — a jak się okazało, były trzy — wyprzedził mnie, zajeżdżając drogę. Zahamowałam raptownie, o mało nie uderzając przodem w jego bok. Z wnętrza wyskoczyło kilku mężczyzn w czarnych garniturach. Bez zbędnych ceregieli szarpnęli za klamki mojego auta. Wszystko działo się błyskawicznie — chwila szamotaniny, stłumione krzyki i Mark z Peterem, z rękami wykręconymi na plecach, zostali wepchnięci do pierwszego wozu. Auto ruszyło z piskiem opon, zostawiając po sobie tylko swąd palonej gumy. Dwa pozostałe Vany nawet nie drgnęły, blokując mnie jak w klatce.
Siedziałam kompletnie oszołomiona. Hałas nad głową stał się ogłuszający. Helikopter zniżał lot tuż przy stojącym obok Vanie. Zanim płozy dotknęły ziemi, dostrzegłam Browna. Siedział przy otwartych drzwiach maszyny i przyglądał mi się przez czarne okulary z tym swoim triumfującym uśmiechem. Zgrabnie zeskoczył na ziemię. Podtrzymując połę marynarki targanej podmuchem, podszedł do moich drzwi. Helikopter uniósł się i zniknął, zostawiając nas w nagłej, dzwoniącej w uszach ciszy. Opuściłam szybę. Brown oparł się o dach i uśmiechnął szeroko.
— Wiedziałem, że pani nam pomoże. Dziękuję — rzucił z satysfakcją. — Teraz może pani wreszcie poczuć się bezpiecznie.
— Nawet przez moment nie czułam się zagrożona — wypaliłam, nie kryjąc wściekłości.
Brown zignorował mój ton. Niespodziewanie jego wzrok spoczął na siedzeniu za moimi plecami. Przybliżył głowę do szyby i przysłaniając dłonią rażące słońce, zajrzał do wewnątrz. Po sekundzie raptownie chwycił za klamkę i po chwili trzymał w ręku mój notes.
— To moja prywatna własność! — wrzasnęłam. Chciałam gwałtownie wysiąść i wyrwać mu z łapsk ten notes, ale skutecznie zablokował drzwi biodrem. Pobieżnie kartkował notatnik.
— Nie wątpię, że to pani – nie odrywając wzroku od ruchomych kartek mówił spokojnym głosem — ale niestety muszę go zatrzymać.
— A w życiu! Tam są moje prywatne notatki! Jakim prawem?! — ponownie szarpnęłam za klamkę.
Docisnął biodro do drzwi, unieruchamiając mnie w środku.
— To są względy bezpieczeństwa narodowego, szanowna pani. Siła wyższa. Ale obiecuję, że oddam pani ten notes przy następnej okazji. Teraz to niemożliwe.
Odpuściłam sobie. Zacisnęłam zęby, czując totalną bezsilność. Widziałam, że z nim nie
wygram. Patrzyłam, jak odchodzi w kierunku tego drugiego Vana stojącego dalej. Nie odwracając się, pomachał mi ręką, w której trzymał notes.
— Ty skurwysynu… — wycedziłam przez zęby. — Jeszcze ci pokażę.
Gdy van odjechał, ruszyłam i ja. Podświadomie czułam, że nasze drogi jeszcze nie raz się przetną, a wtedy odwdzięczę mu się z nawiązką. Zrobię to na pewno i z wielką przyjemnością.
— Ja ci dam, palancie, względy bezpieczeństwa narodowego… — syknęłam, zaciskając dłonie na kierownicy. Wrzuciłam kierunkowskaz i dzięki uprzejmości kierowcy jadącego z tyłu, spokojnie włączyłam się do ruchu.
Zapadał zmrok, gdy zaparkowałam na podjeździe. Po raz kolejny wracałam do domu wyżęta fizycznie i emocjonalnie. Prysznic przyniósł ulgę tylko ciału – głowa wciąż pulsowała od nadmiaru wrażeń. Widok tego przeklętego agencika, który na odchodne pomachał mi moim własnym notesem, ciągle mnie prześladował. Padłam na łóżko z tysiącem pytań, na które nie mogłam znaleźć odpowiedzi. Jednak jedno z nich wracało uporczywie: skąd on wiedział, gdzie nas szukać? Przecież do cholery, nie jest jasnowidzem. Jedyną rozsądną odpowiedzią na to pytanie było dziwne zachowanie Marka w trakcie podróży. On coś wyczuwał i, jak się okazało, chyba miał rację. Kołatanie myśli w głowie zaczęło ustępować powoli i dyskretnie. Sen zmorzył mnie niemal natychmiast.
*
Ranek przywitał mnie miłym gruchaniem gołębi. Nie otwierając oczu, przeciągnęłam się. O dziwo, wstałam pełna energii. Wczorajszą wściekłość postanowiłam przekuć w determinację. Na przekór temu agencikowi zamierzałam dopiero teraz rozpocząć swoje prawdziwe śledztwo. Byłam to winna Peterowi i Markowi – zwłaszcza jemu, bo był najmniej winny temu, co się wydarzyło. Dlaczego go zatrzymano? Przecież to ja powinnam siedzieć obok Petera. Coś mi tu nie grało, a najgorsze było to, że nie znałam nawet przybliżonej odpowiedzi. To wszystko przeczyło logice.
Dzień zaczęłam od joggingu. Po chłodnym prysznicu, z filiżanką kawy w dłoni, usadowiłam się na kanapie. Wyłowiłam pilota spod siebie i włączyłam telewizor. Przeskakiwałam przez kanały, aż trafiłam na Margaret. I tutaj nastąpił krótki przebłysk w głowie – Margaret. Przecież to z nią powinnam porozmawiać jako pierwszą. Ona siedzi w tym temacie od samego początku, a mieszkamy blisko siebie.
– …dziwne zachowanie wojska wokół miejsca katastrofy – relacjonowała, stojąc przed granatowo-białą taśmą i szpalerem żołnierzy z karabinami. – …pozwala sądzić, że doszło tu do czegoś niezwykle tajemniczego. Sam fakt rozbicia się myśliwca nie skłoniłby służb do tak szczelnej blokady terenu. Skłonna jestem bardziej wierzyć bezpośrednim świadkom, niż rzecznikowi armii, który zasłania się procedurami.
Słuchałam tego przekazu z nieukrywaną ciekawością. Dziewczyna była niezwykle błyskotliwa i dociekliwa zarazem. Gdy skończyła, wyłączyłam telewizor. Coś zdecydowanie było na rzeczy. Tylko czy ta katastrofa miała związek z Peterem? Poczułam ten lekki dreszcz – znajomy sygnał na początku nowego śledztwa. Sięgnęłam po rezerwowy notatnik i punkt po punkcie zaczęłam rozpisywać kolejność kontaktów przypisanych do konkretnych osób, które były w stanie służyć mi swoją wiedzą. Wśród kilkudziesięciu nazwisk wybrałam dwadzieścia jeden osób i po kolejnej analizie wyłoniłam jedenaście najbardziej pomocnych. Moja szczęśliwa jedenastka.
Koło południa byłam gotowa stanąć do walki o prawdę. Robert McNamara był numerem jeden na liście. Zbieżność nazwisk ze znanym politykiem sprawiała, że rozmówcy od razu czuli do niego respekt, oczywiście nie omieszkając zapytać o koligacje rodzinne. Robert z wyćwiczoną miną dawał jedynie do zrozumienia: „Załóżmy, że nie łączę rodziny z pracą…”. W środowisku dziennikarskim nie było dla niego tajemnicy, której by nie złamał. Od lat był moim pierwszym wyborem. Pozostali służyli tylko do potwierdzania jego wersji.
Wysłałam esemesa. O dziwo oddzwonił natychmiast. Umówiliśmy się tam, gdzie zawsze – w parku The Barnacle.
Dotarłam pięć minut po czasie, co podniosło mi trochę ciśnienie. Nie lubiłam się spóźniać na takie spotkania. Park The Barnacle to duszny bastion dawnej Florydy. Korony dębów splatały się tak ciasno, że niebo nad Coconut Grove przestało istnieć. Powietrze, ciężkie od soli, osiadało na skórze jak wilgotny całun.
Zobaczyłam Roberta z daleka. Siedział na ławce z gazetą, wkomponowany w duszny krajobraz parku. Widocznie usłyszał chrzęst żwiru pod moimi stopami, bo nagle uniósł wzrok, złożył gazetę i uśmiechnięty wstał. Był to mężczyzna dystyngowany w każdym calu. Miał w sobie coś z pogodnego emerytowanego dyplomaty – siwe, starannie przycięte włosy i twarz pooraną zmarszczkami od uśmiechu, który jednak nigdy nie docierał do jego chłodnych, analitycznych oczu. Dwoma palcami odsunął mankiet koszuli i spojrzał na zegarek.
– Przepraszam za spóźnienie – próbowałam się usprawiedliwić, ale nie dał mi dokończyć.
– Widzę, Suzanne – taksował mnie wzrokiem, całkowicie bagatelizując moje słowa – że z każdym spotkaniem jesteś coraz piękniejsza.
– Dziękuję za komplement, ale jakoś nie przekłada się on na zainteresowanie płci przeciwnej – zażartowałam bez przekonania.
– A Jack? – Uniósł brwi, nagle poważniejąc. – Nie jesteście już razem?
– Niestety nie. – Westchnęłam. W duchu błagałam tylko Boga, by nie chciał rozwijać tego tematu. Odetchnęłam z ulgą, gdy zaczął mówić.
– Rozumiem. Przejdźmy zatem do rzeczy… Przejdziemy się?
Ruszyliśmy w głąb ogrodu.
– No powiedz, co takiego się wydarzyło, że pilnie potrzebowałaś spotkania?
W głowie miałam zupełną pustkę. Totalna amnezja.
– Znasz Margaret, prawda? – wypaliłam bez wstępów.
– Tę z telewizji? Znam. Oczywiście, że znam. A co z nią?
– Drąży temat katastrofy F-35. Słyszałeś?
– Tak mimochodem. Leciał, leciał i spadł. Samoloty czasami się rozbijają, Suzanne.
– A masz jakieś swoje przemyślenia, dlaczego spadł? – palnęłam, łapiąc się zaraz na tym, że plotę bez ładu i składu.
Zatrzymał się gwałtownie i spojrzał mi prosto w oczy.
– To po to chciałaś się spotkać? Żeby rozmawiać o wypadku lotniczym? Uważasz mnie za eksperta od awioniki? – Wydawał się bardziej poirytowany niż zdziwiony. Docierało do mnie, że zaczęłam fatalnie.
– Interesuje mnie raczej ta dziwna otoczka. Oglądałeś wywiad Margaret z tym lekarzem?
Uśmiechnął się drwiąco.
– Tak. Szkoda, że nie otoczył się pacjentami. Oni powiedzieliby więcej… Suzanne, mówisz poważnie? Ściągnęłaś mnie tutaj, żeby rozmawiać o katastrofie samolotu?
– Nie, tak nie do końca…
– Więc o co jeszcze chcesz zapytać? – ruszył dalej, wyraźnie tracąc cierpliwość.
Poczułam, że zapędziłam się w kozi róg. Peter, Brown, Mark… jak miałam mu o tym
opowiedzieć, skoro on już skreślił temat?
– Podejrzewam – kontynuował McNamara – że Tim zlecił ci ten temat. Mam rację? No? Mam?
Zatrzymałam się. Przystanął i on. Oparłam ręce na biodrach. Totalna załamka. Przyglądał mi się z lekkim, niemal litościwym uśmiechem.
– Suzanne, ja to wiem. Znam dobrze Tima i znam dobrze ciebie. Jesteś bystra, ale zrozum – w tym konkretnym przypadku nic ci nie pomogę. To nie jest w sferze moich zainteresowań. Że się rozbił nowoczesny samolot? Zawsze musi być ten pierwszy raz. Nie sądzisz?
Milczałam. Położył mi dłoń na ramieniu.
– Ale mimo wszystko miło było cię znowu zobaczyć… To co? Wracamy?
Wsiadłam do auta i opuściłam szyby. Przeciąg natychmiast uderzył mnie w twarz, ale nie przyniósł ulgi. Siedziałam bez ruchu, z dłońmi zaciśniętymi na kierownicy. Byłam tak wypompowana, że samo włożenie kluczyka do stacyjki wydawało się wysiłkiem ponad siły.
Co teraz? Czułam, że właśnie utraciłam ostatnią szansę na odnalezienie nitki, którą Brown tak brutalnie zerwał. Bezwiednie spojrzałam na leżący na siedzeniu pasażera notatnik. No tak… niby jeszcze mam te dziesięć nazwisk. Dziesięć szans na przełom. W sensie pozytywnym, oczywiście, ale to, już nie jest to.
– Głowa do góry, Dolan – mruknęłam do siebie, choć mój własny głos brzmiał obco. – Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Chęć działania wróciła nagle, jak uderzenie adrenaliny. Jakoś z łatwością włożyłam kluczyk do stacyjki i przekręciłam. Silnik zamruczał posłusznie. Gdy klimatyzacja zadziałała podniosłam szyby. Kierunek: dom. Tam, w bezpiecznych czterech ścianach, zastanowię się co dalej. Może Margaret? Tak, to był sensowny pomysł.
Ruszyłam. Przez kilka minut jechałam automatycznie, walcząc z chaosem myśli, których za cholerę nie mogłam uporządkować. Gdy zatrzymałam się na światłach, mój wzrok padł na ogrodzenie myjni. Plac był niemal pusty. Podjęłam decyzję w ułamku sekundy i skręciłam w bramę. To była jedna z tych starych, porządnych myjni, gdzie auta wciąż szorowano ręcznie.
Młody mężczyzna w schludnym kombinezonie jak by już na mnie czekał. Nie wyjmując kluczyków wzięłam notes, torebkę, telefon i wysiadłam. Nim mężczyzna usiadł za kierownicę poprosiłam, poza myciem nadwozia, także o posprzątanie wnętrza, – wiecznie brakowało mi na to czasu, a dzieciaki Margaret, które czasem woziłam, zostawiały w środku więcej śladów niż Agent Brown w całym swoim życiu.
W poczekalni powietrze było tak gęste od oparów taniego szamponu i chemii, że aż piekło w gardle. Nalałam sobie do papierowego kubka coś, co udawało kawę, i usiadłam przy stoliku pod pooblepianą plakatami aut ścianą. Rozłożyłam notes. Czas sprawdzić moją listę. Numer jeden – McNamara – właśnie wyleciał z tej listy z wielkim hukiem. Sięgnęłam po telefon i chwila wahania. Tylko o co mam pytać? Chyba zacznę od, pytania, o co właściwie chodzi z tą katastrofą samolotu. Dlaczego to miejsce jest okryte tak wielką tajemnicą? Kontakty które sobie wyselekcjonowałam mają przecież ścisły związek z wojskiem. Poza, jak się okazało, moim numerem jeden. Upiłam łyk kawy i z duszą na ramieniu, zerkając w notes wybrałam pierwszy numer. Niestety, od pierwszego do piątego nikt nie odbierał. Jak by się zmówili. Wiadomo, godziny wzmożonej pracy, ale pewnie oddzwonią, na co liczyłam. Chwilę odczekałam i dawaj następny numer. Tym razem miałam szczęście. Mój numer szósty, to George, dziennikarz śledczy działający w branży kryminalnej, który udziela się też w telewizjach, jako konsultant przy paradokumentach kryminalnych. Lotnictwo zresztą mało go interesuje, ale wzięłam go pod uwagę, ze względu na to, iż jego brat jest szychą w wojskach lotniczych. To George własnie dużo mi pomógł przy artykule opisującym zderzenie wojskowego śmigłowca Black Hawk z samolotem pasażerskim w pobliżu lotniska Ronalda Reagana. O dziwo było to równo rok temu.
– Słucham Susann. Mów szybko, bo nie mam czasu – doleciało ze słuchawki.
– Dzięki, ze odebrałeś – zaczęłam – Posłuchaj, piszę artykuł o katastrofie tego naszego F-35, pomożesz mi?
W słuchawce zapanowała cisza. Już miałam się odezwać gdy usłyszałam jego głos.
– Jestem bardzo zajęty. Zdzwońmy się wieczorem ok?
– Ok – rzuciłam do słuchawki – To ja mam zadzwonić czy czekać?
Nie usłyszałam odpowiedzi, gdyż się rozłączył. Spojrzałam na telefon i wzruszyłam ramionami. Zadzwonił mi ręku aż się wzdrygnęłam. Odebrałam.
– Oddzwaniam – doleciał głos mojego numery trzy.
– Tu Susann Dolan, poznajesz?
– Łał, Susann, kopę lat. to naprawdę ty? – radosny ton Bena dawał mi nadzieję.
— Oczywiście, ze ja – rzuciłam tym samym radosnym głosem.
– Doszły mnie słuchy, ze już nie jesteś z Jackiem? – westchnęłam głęboko. Ten temat akurat siedział mi pod skórą.
– Masz dobre informacje – rzekłam, już bez tej drobiny radości.
– Ok. no dobra, nawijaj o co ci chodzi – w jego głosie wyczułam dziwny zawód.
– Pracuję nad pewna sprawa a przy okazji nad artykułem o katastrofie samolotu wojskowego, co rozbił się niedawno…
– Samolotu? – wyraźnie się zdziwił – jakiego samolotu.
– To nie oglądasz wiadomości? – wyraziłam zdziwienie. Ciągle o tym bębnią.
– Posłuchaj – doleciało do słuchawki – musze kończyć. Pa. Zdzwonimy się kiedy indziej.
Rozłączył się. – Co jest do cholery?
Drzwi od pomieszczenia otworzyły się i wszedł ten młody chłopak. Podał mi kluczyki i zaprosił do kasy. Wyjęłam z torebki banknot dziesięciodolarowy i dałam jako napiwek. Wziął, podziękował i ulotnił się. Trochę mnie zdziwiło jego zachowanie, gdyż nie było u niego już widać tego błysku w oku jak na początku. Zapłaciłam za usługę i ruszyła w kierunku swojego auta. Wsiadłam. do pachnącego świeżością wnętrza, i w trakcie wkładania kluczyka do stacyjki rzuciłam okiem na siedzenie obok. Zauważyłam, że leży na nim torba plastykowo z jakimś śmieciami. Widok ten podniósł mi od razu ciśnienie. Otworzyłam okno i zawołałam chłopaka, który oddał mi auto, a na moje szczęście był w pobliżu.
– Proszę pana! Śmieci mi pan zostawił? – zapytałam. Podszedł, stanął przy drzwiach i opierając ręce o kolana, pochylił sylwetkę. Zerknął na torebkę, która trzymałam w ręku. Wyprostował się.
– A skąd mogłem wiedzieć, że uzna to pani za śmieci? — odparł. — W regulaminie mamy zapisane, że wszystko, co znajdziemy podczas sprzątania wnętrza, pakujemy do torebek, ale jeśli pani chce, mogę to wyrzucić. – Wyciągnął rękę. Przyjrzałam się zawartości tej przezroczystej torebki: monety, spinka do włosów, jakieś ołówki, długopisy, papiery po słodyczach, i… i zabawki Margaret, które czasem podwoziłam do szkoły, gdy ich mama musiała nagle jechać w teren. I to właśnie te drobne figurki sprawiły, że postanowiłam zachować paczkę.
– W porządku, przejrzę to później. Przepraszam za kłopot. – Kładąc torebkę na tylna kanapę usłyszałam delikatne chrząkniecie. Spojrzałam na mężczyznę. Odsunął się od auta, rozejrzał dookoła i delikatnym ruchem dłoni poprosił bym wysiadła. Zmarszczyłam ze zdziwienia czoło. Kiego licha? Ponowił gest ręką. Wysiadłam. Odszedł kilka kroków. Podeszłam do niego. Przysunął głowę do mojej i odezwał się cichym głosem.
– Nie powinienem tego pani mówić, ale w pani aucie ukryto urządzenie szpiegowskie.
– Co??? Słucham?! — Prawie wykrzyczałam. Patrząc na mnie przyłożył znacząco
palec do ust. Jednocześnie pokazał głową byśmy odeszli dalej. Gdy stanęliśmy za ścianą budynku zaczął mówić.
– Nie proponowałem tego pani wcześniej, ale w naszej usłudze, na życzenie klienta oczywiście, za dodatkowa opłatą jest usługa sprawdzania aut pod kątem pluskiew, ale raczej zlecają nam to zadanie zazdrośni małżonkowie, więc…
– Zaraz, sugeruje pan, – weszłam mu w słowo – że mam w samochodzie
podsłuch?
– Na to wygląda. Urządzenie, które miałem przy sobie niespodziewanie zadziałało we wnętrzu pani auta
Położyłam ręce na biodrach i i ciężko westchnęłam. A więc to tak. Brown miał mnie na muszce od samego początku, i na pewno ma nadal. Dlatego z taką łatwością namierzył moje auto, gdy jechałam z Markiem do Petera.
– Być może mąż to pani zamontował? – dopytywał pracownik.
– Nie mam męża — ucięłam krótko. — Ile czasu zajmie panu usunięcie tego czegoś? –
Czułam jak po raz kolejny podnosi mi się ciśnienie.
– Nie wiem, nie znam tego urządzenia,
– Jak to, pan nie wie. To ja mam wiedzieć? – Uniosłam głos na Bogu winnego człowieka.
– Z takim czymś, co ma pani w aucie, jeszcze się nie spotkałem. Mamy tak niesamowity postęp, ale, ze aż taki?
– To znaczy jaki? – Nie chciałam słuchać tego tłumaczenia. – że jest to cholerstwo nieusuwalne? Ktoś to chyba montował, no nie?
Nie odpowiedział tylko schował głowę w ramiona. Położyłam ręce na biodrach i wzdychając
pokręciłam głową. Spojrzałam na niego.
– Czyli co? Mam z tym tak jeździć?
– Powiem pani tak – zaczął mówić pewnym, spokojnym głosem – Nie wiem co to jest za urządzenie, ale usunąć je będzie bardzo trudno. Na pewno bym sobie z tym poradził, ale czy jest sens to usuwać?
Az mnie cofnęło, gdy to usłyszałam.
– Czy pan wie, co pan mówi? – Normalnie byłam wściekła.
– Tak, wiem – odpowiedział spokojnie, jednocześnie drapiąc się po głowie. Westchnął, rozejrzał się i spojrzał mi w oczy.
– Coś pani doradzę, tak uczciwie.
– Tak? – zamieniłam się w słuch. Byłam ciekawa, co to za rada. Aby była dobra..
– Proszę tego nie usuwać. Teraz jak pani już wie, o podsłuchu, to wystarczy tylko uważać z kim i o czym pani rozmawia w samochodzie. To uśpi czujność tego kogoś, kto ma w tym interes, by panią podsłuchiwać, bo śledzić i tak będzie miał nadal możliwość.
Przez chwile mój umysł pracował na maksymalnych obrotach. Rzeczywiście, facet ma chyba rację..
– …. A nawet ma pani możliwość manipulowania tym kimś.
– W jakim sensie? – zdziwiłam się.
– Proszę mi wierzyć. Usunięcie tego wzbudzi tylko czujność, a tak? A tak ma pani asa w rękawie. Nie wiem czym pani się zajmuje…
– Jestem dziennikarką – weszłam mu w słowa.
-No własnie. Widocznie jest pani w tym zawodzie dobra i ktoś ma interes by być krok
przed panią.
Zaraz! Nagle zaświtało mi w głowie. Może on ma i rację? Może to rzeczywiście ktoś z
konkurencji mi to świństwo zamontował, a ja niesłusznie obwiniam tego agencika?
– No dobrze – wyciągnęłam dłoń w jego kierunku, gdyż nie chciałam zaprzątać sobie głowy zastanawianiem się, kto i dlaczego – bardzo mi pan pomógł.- dodałam.
Podeszliśmy do mojego samochodu, z torebki wyjęłam banknot i dałam mu go.
Wziął, chuchnął na niego i ukłonił się. Jednocześnie jakoś, dziwnie tajemniczo się uśmiechnął. Wsiadłam do auta. Przekręcając kluczyk w stacyjce, wiedziałam już, że od tej chwili każde moje słowo musiało być ważone – zarówno tutaj, jak i w promieniu kilku metrów od auta. Świadomość zainstalowanej pluskwy uwierała mnie jak kamień w bucie, a jednocześnie dawała perwersyjną satysfakcję. Dzięki czystemu przypadkowi wiedziałam, na czym stoję. Teraz Brown niech ma się na baczności, bo któż by inny wyciął mi taki numer. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że zrobiła mi to jakaś konkurencja. Zaraz! Nagle poczułam gęsią skórkę, i skok ciśnienia. A może to Jack? Przecież rozstaliśmy się w totalnej niezgodzie nie tak zresztą dawno temu? Chwila namysłu i tę wersje wywaliłam w niebyt. To nie w jego stylu, a zresztą skąd by miał na coś, o czym nawet ten chłopak nie miał zielonego pojęcia. Ruszyłam, czując na twarzy coraz chłodniejszy powiew klimatyzacji. Skutecznie zabijający zapach cytrynowej chemii i resztki złudzeń o bezpiecznym świecie.
Nagle telefon w uchwycie na szybie rozdarł się dzwonkiem. Zerknęłam na wyświetlacz. I na sekundę zamarłam. To Brown. Czyżby mnie obserwował? Chwila wahania i odebrałam, o dziwo z bojowym nastawieniem.
– Akurat telefonu od pana się nie spodziewałam – rzuciłam lodowato, rezygnując ze zbędnych uprzejmości. Przez chwilę po drugiej stronie trwała cisza. Krótka, ale wymowna. W końcu usłyszałam jego głos, podszyty nutą nie zbyt szczerego zdziwienia.
– Tak? A kogo się pani spodziewała, Suzanne?
– Nie pana interes. Nie pytam pana, do kogo pan dzwoni, więc pan niech nie pyta, na kogo ja czekam. O co chodzi? Jadę, nie mam czasu na pogawędki.
Czułam się dziwnie pewnie. Strach, który towarzyszył mi od momentu spotkania, gdzieś wyparował, zostawiając miejsce na twardą, chłodną kalkulację.
– Chciałem zaproponować spotkanie – odpowiedział gładko. – Rozchodzi się o pani notatnik.
– Coś z nim nie tak?
– Wręcz przeciwnie. Wszystko w porządku. Ale przy okazji chciałbym zadać pani kilka pytań… doprecyzować pewne kwestie. Spotkajmy się. Nawet teraz, skoro i tak jest pani w podróży.
Westchnęłam, patrząc na przesuwający się za szybą krajobraz. Najchętniej wymazałabym tego typka ze swojej pamięci, ale wiedziałam, że to niemożliwe. Miałam do niego, także pytania, o losie moich pasażerów, których tak brutalnie mi odebrał. Musiałam wiedzieć, czy chociażby żyją. Poza tym… on wciąż miał mój cholerny notes.
– Dobrze. Gdzie i kiedy?
– To zależy, gdzie pani aktualnie jest – rzucił niby od niechcenia.
Już miałam warknąć, żeby przestał udawać naiwnego, skoro pluskwa w moim aucie pewnie właśnie rysuje mu moją trasę na ekranie komputera, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Podałam mu lokalizację. David T. Kennedy Park. O dziwo, odpowiadało mu to idealnie. Kiedy kilkanaście minut później parkowałam, słońce Miami zaczynało już bezlitośnie przypiekać. Wilgotność była tak wysoka, że każdy oddech wydawał się cięższy, niż powinien. Kilka metrów dalej stały dwa czarne Vany – do ich widoku powoli zaczynałam się przyzwyczajać. Ruszyłam w głąb parku.
Brown już tam był. Odchodził właśnie od charakterystycznej, błękitnej furgonetki A.C.’s Icees, trzymając w dłoniach dwa papierowe kubki. Pod pachą ściskał coś, co wyglądało jak mój notes. Zauważył mnie z daleka. Wyglądał nienagannie – ani jednej kropli potu na czole, ani jednego zagniecenia na garniturze, mimo że żar lał się z nieba. I te jego cholerne okulary… drażniły mnie bardziej niż kiedykolwiek.
— Mrożona kawa? — zapytał, podając mi kubek. — Podobno najlepsza w całym Coconut Grove.
— Dziękuję — odparłam, przyjmując napój. — Nie sądziłam, że agenci specjalni dorabiają serwowaniem kawy cywilom, których wcześniej porywają.
Uśmiechnął się jedynie. Wyjął spod pachy notes i podał mi go bez słowa.
— Proszę. Obiecałem, że oddam.
Wzięłam go, czując pod palcami szorstką okładkę. Ruszyliśmy wolnym krokiem w stronę nabrzeża, gdzie wiatr od Zatoki Biscayne przynosił odrobinę ulgi.
— To nie było porwanie, Suzanne. To było zabezpieczenie świadka — rzucił lekko, jakby komentował prognozę pogody. — Ale przejdźmy do konkretów.
— Właśnie, do konkretów — weszłam mu w słowo. — Mówi pan: „świadek”. A co z Markiem? Gdzie on jest?
Przystanął i westchnął ciężko.
— Przepraszam, to był błąd moich ludzi. Działali w wyjątkowym stresie. Po sprawdzeniu… wypuściliśmy go.
— Wypuściliście? — Poczułam uderzenie gorąca, które nie miało nic wspólnego z pogodą. Totalnie mnie zaskoczył.
— Oczywiście. — Ruszył dalej, a ja mechanicznie dotrzymywałam mu kroku.
Nie wiedziałam, czy kłamie. Być może Marek faktycznie był już w domu. Tego nie mogłam wykluczyć, ale intuicja podpowiadała mi ostrożność.
— A mój notes? — zmieniłam temat. — Znalazł pan w nim coś „inspirującego” do dalszych działań?
— Jeszcze raz przepraszam za to najście. Podejrzewałem, że notatnik należy do tamtego mężczyzny. Leżał z tyłu, musiałem to zweryfikować.
— I zweryfikował pan?
— Przekartkowałem go. Gdy upewniłem się, że to pani prywatne zapiski, postanowiłem je zwrócić.
Wiedziałam, że łże. A przynajmniej nie mówi całej prawdy.
— Wie pan — podniosłam głos, by zyskać choć milimetr przewagi — że tam są moje intymne przemyślenia? Kontakty? Nikt obcy nie ma prawa tego czytać.
— Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy.
To jego nagłe kajanie się było podejrzane, ale nie miałam czasu nad tym rozmyślać.
— Domyśla się pani, dlaczego chciałem się spotkać?
— Oczywiście. Żeby oddać mi moją własność — rzuciłam z jadowitym sarkazmem.
— Nie tylko. Pamięta pani naszą umowę? — Przystanął i odwrócił się w moją stronę.
— Nie, kompletnie mi wypadło z głowy — udałam całkowitą amnezję.
— Umówiliśmy się, że zapomnimy o „nocnym incydencie”. Prawda?
— Prawda. I zapomniałam — skłamałam prosto w te jego czarne, lustrzane szkła.
— No cóż, widocznie nie do końca. Doszły mnie słuchy, że zamierza pani pisać artykuł o
wydarzeniach z marca 2014 roku.
— Tak. O zaginionym samolocie. I co w tym złego? Zbliża się rocznica. Czy to ma coś wspólnego z naszą „eskapadą”? — Po raz kolejny zagrałam zaskoczoną, choć czułam, że to ja mam go teraz w szachu.
— No… nie — bąknął, wyraźnie zbity z tropu. Pierwszy raz widziałem rysę na jego masce.
— Więc o co panu chodzi? — Wbiłam w niego wzrok Nie widziałam oczu, ale poczułam, że trafiłam w czuły punkt.
Milczał. Włożył wolną rękę do kieszeni, uniósł się lekko na palcach i zaciągnął powietrzem.
— Coś pani powiem — odezwał się w końcu, odzyskując spokój. — Moja prośba jest nadal aktualna. Tak tylko przypominam. Dla pani jasności.
— Jeśli rozchodzi się o tamtą noc, której na pewno długo nie zapomnę, to w porządku. A teraz ja mam pytania. Można?
Nie odpowiedział. Jedynie rozłożył ręce i lekko przechylił głowęw niemym geście: „pytaj” Zanim zdążyłam otworzyć usta, rozdarł się dzwonek jego telefonu. Przeprosił mnie, odszedł kilka kroków i odebrał. Wsłuchiwał się w ciszę, a ja widziałam, że to, co słyszy, wcale mu się nie podoba. Zacisnął szczękę, nerwowo pocierając czoło. Rozłączył się i schował telefon do kieszeni. Podszedł, wciąż masując skronie.
— Przepraszam panią bardzo, Suzanne, ale zaszły nieprzewidziane okoliczności. Służba nie drużba — rzucił, podając mi dłoń. Niespodziewanie spojrzał przez moje ramię w głąb parku. Odwróciłam głowę. W naszym kierunku biegł facet w czarnym garniturze. — Może następnym razem znajdziemy więcej czasu – dobiegło mnie nad uchem.
Ruszył szybkim, żołnierskim krokiem. Mężczyzna, który biegł, zatrzymał się i z rękami na
biodrach czekał, aż Brown do niego dołączy. Wymienili między sobą kilka słów i już razem, ruszyli biegiem w stronę wyjścia. Patrzyłam tak na nich nie potrafiąc pojąć tej nagłej zmiany. Co mogło wywołać taką panikę u ludzi, którzy zawodowo zajmują się opanowywaniem chaosu?
Za cholerę nie mogłam zrozumieć tego zachowania. Stałam tak w palącym słońcu, z głową pełną pytań, które kłuły mnie w mózg jak igły. I co teraz?
W końcu ocknęłam się. Dopiłam kawę, wyrzuciłam kubek do kosza i zerknęłam na notes. Przekartkowałam go – niby wszystko było z nim w porządku. Westchnęłam, wzruszyłam ramionami i ruszyłam przed siebie.
Nagle raptowny przebłysk przeszył mi mózg na wylot. Mark! Przecież powinien być w domu. Ten agencik chyba nie kłamał? Zatrzymałam się, wyjęłam telefon z torebki i rozejrzałam dookoła. Cisza, spokój. Kilka osób spacerujących po alejkach czy siedzących na ławkach nie wzbudzało żadnych podejrzeń. Wpatrując się w ekran niczym sroka w kość, zaczęłam analizować kłębiące się myśli. Dlaczego Mark się ze mną nie skontaktował, gdy tylko Brown go wypuścił? Czyżby miał mi za złe ten niespodziewany nalot służb? Przecież sam twierdził, że ktoś go śledzi. W takim razie o co może mieć pretensje? Wreszcie zdobyłam się na odwagę. Raz kozie śmierć. Odszukałam numer Marka, dotknęłam zielonej słuchawki i przykładając telefon do ucha, ruszyłam w kierunku bramy. Był normalny sygnał. Nie odbierał. Odczekałam, aż załączy się poczta głosowa.
— Mark, to ja, Suzanne. Oddzwoń — rzuciłam z lekką zadyszką.
Rozłączyłam się. Po sekundzie telefon zadzwonił mi w ręku. Nie spoglądając na wyświetlacz odebrałam instynktownie, czując jednocześnie delikatny uścisk na żołądku.
— Susanne, kochanie, nie odmawiaj mi, proszę — usłyszałam podekscytowany, niezwykle błagalny, a zarazem podenerwowany głos Margaret.
W sekundzie odetchnęłam. Nie tego akurat telefonu się spodziewałam, ale cóż, może to i lepiej. Podświadomie czułam, że rozmowa z Markiem nie należałaby teraz do przyjemnych.
— Co się stało? — rzuciłam spokojniejszym tonem do słuchawki.
— Posłuchaj, coś dziwnego dzieje się nieopodal centrum i mam pilny wyjazd… Właściwie to już jestem w drodze. Możesz odebrać ze szkoły moje dzieci? Nie wiem, ile mi się tam zejdzie…. Proszę…
No cóż, miałam jakieś inne wyjście? Takie telefony z jej strony wcześniej już się zdarzały, to nie pierwszyzna. Przez chwilę pomyślałam jednak, czy ten jej nagły pośpiech przypadkiem nie ma czegoś wspólnego z pośpiechem Browna? Jeśli tak, to miałam szansę uzyskać szczegółowe informacje dosłownie z pierwszej ręki i dowiedzieć się, co go tak potężnie zaabsorbowało.
Pod szkołą pojawiłam się sporo przed czasem. Żeby zabić minuty, skoczyłam do marketu po drugiej stronie ulicy. Miałam farta. Na dziale chłodniczym trafiłam na serek Krafta z serii puzzli magnetycznych „KONTROWERSYJNE OBIEKTY XXI WIEKU”. Firma wypuściła dwadzieścia elementów, a mi do zamknięcia całej kolekcji na lodówce brakowało tylko tego jednego, środkowego. Wrzuciłam go do koszyka z zakupami i zapłaciłam.
Gdy pakowałam torbę do bagażnika, opiekunka akurat przyprowadziła Olivię i Leosia. Dzieciaki były wniebowzięte, że to ciocia po nie przyjechała. Zapakowałam je do auta i wsiadłam za kierownicę. Uruchamiając silnik, zwróciłam uwagę na leżącą obok torebkę z myjni. Podałam ją do tyłu, by powybierały swoje zabawki, po czym ruszyłam.
Harmider powstał co niemiara. „A to moje!”, „A to moje!”, „A to moje!” — wyrywały sobie rzeczy z rąk. Przynajmniej miały konkretne zajęcie, nie zarzucając mnie tysiącami pytań, jak to miały w zwyczaju. Z zadowoleniem uśmiechnęłam się w duchu. Szkoda, że i ja nie mam takich roztropnych dzieciaków. Myśl o moim byłym od razu podniósł mi ciśnienie.
Wkrótce podjechałam pod dom, parkując na podjeździe. Wysiadłam, otworzyłam tylne drzwi, a dzieciaki natychmiast wyskoczyły na zewnątrz. Dziewczynka ruszyła wolno chodnikiem w kierunku domu, a Antoś wyciągając w moim kierunku rękę odezwał się.
— To nie nasze!
Spojrzałam na jego dłoń. Trzymał w niej małą, szarą piramidkę. Wzięłam przedmiot do ręki. Ani ciężki, ani lekki. Ot, zwykły, surowy gadżet do postawienia na biurku.
— Na pewno to nie twoje? — chciałam się upewnić.
— Nie, ciociu. My się czymś takim nie bawimy.
Wzruszyłam ramionami i schowałam przedmiot do torebki. Gdy zauważyłam idąca nam
naprzeciw ich gosposię popchnęłam lekko Antosia.
– No leć.
Wróciłam do samochodu. Na tylnym siedzeniu pozostała reszta rzeczy z myjni. Jakieś zmięte kartki, trzy długopisy, drobne monety. Zgarnęłam to wszystko, zamierzając po prostu wyrzucić do kosza. Moją uwagę zwrócił jednak jeden zmięty świstek papieru, dziwnie przypominający kartkę z mojego własnego notesu. Rozłożyłam go i wyprostowałam dłonią
bezpośrednio na dachu samochodu.
Rzeczywiście. To była kartka wyrwana z mojego notesu. Widniał na niej rząd cyfr, przypominający numer telefonu. Czyżby była to sprawka Petera?
Weszłam do mieszkania i z kartką w ręku usiadłam ciężko na kanapie. Obok, na stoliku, postawiłam szarą piramidkę. Wzięłam do ręki smartfona i po chwili, z duszą na ramieniu, zaczęłam powoli wstukiwać cyferki z papieru. W pewnym momencie system sam uzupełnił ciąg znaków — wskoczył mi cały rząd cyfr wprowadzonych już wcześniej. Zgadzał się idealnie z tym z kartki.
Weszłam głębiej w historię połączeń i w jednej sekundzie poczułam lodowate ciarki na całym ciele. To był numer wklepywany potajemnie nocą przez Petera…
Uffffff. Co teraz? Zamyśliłam się na dłuższą chwilę. A, raz kozie śmierć!
Z duszą na ramieniu przycisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam telefon do ucha. Tradycyjny sygnał łączenia w ułamku sekundy spowodował, że przez całe moje ciało przebiegły dziwne ciarki. Czując jednocześnie lodowaty chłód, potarłam dłonią gołe ramię ręki trzymającej smartfon. Drugi sygnał, trzeci. Spojrzałam na wyświetlacz i ponownie przyłożyłam słuchawkę do ucha. Po chwili załączyła się poczta głosowa.
Rozłączyłam się i głęboko zaciągnęłam powietrze w płuca. W tym samym momencie telefon nagle zaczął wibrować i dzwonić w mojej dłoni. Odebrałam błyskawicznie.
— Nie zdążyłam odebrać… — ze słuchawki dobiegł kobiecy, ale jeszcze niemal dziewczęcy głos. — Oddzwaniam.
— Przepraszam najmocniej — ożywiłam się natychmiast — ale dzwonię, bo… bo znalazłam ten numer u siebie.
— U siebie? A z kim mam przyjemność? — w jej głosie pojawiła się wyraźna nutka niepewności.
— Nazywam się Suzanne Dolan. Jestem dziennikarką.
— To chyba jakaś pomyłka — odparła szybko.
— Być może. Chciałabym to po prostu sprawdzić.
— Co konkretnie? — rozmówczyni brzmiała na coraz bardziej zdenerwowaną.
— Chciałam sprawdzić…
— Przykro mi, to musi być pomyłka — bezwzględnie weszła mi w słowo. — Nie znam żadnej dziennikarki.
— A mówi pani coś imię Peter? — rzuciłam, grając va banque.
W słuchawce zapadła cisza. Gęsta, bolesna i potwornie wymowna.
— Jest pani tam? — zaniepokoiłam się po dłuższej chwili.
— Tak… Jestem — usłyszałam w końcu cichy szept. — Tak miał na imię mój były chłopak… — To zdanie zabrzmiało skrajnie smutno.
— To on zostawił ten numer w moim samochodzie.
— Słucham?! — zdziwienie w słuchawce mieszało się z absolutnym niedowierzaniem. — Co za „on”? Żarty sobie pani robi? Skąd ma pani mój numer?!
— Ten numer napisał na kartce mężczyzna o imieniu Peter — zaczęłam mówić maksymalnie spokojnie. — Nie chcę teraz wchodzić w szczegóły przez telefon. Spotkajmy się.
— Ale w jakim celu? Ciągle nie rozumiem, o co pani chodzi…
— Piszę artykuł o samolocie, który zaginął dwanaście lat temu.
— Tym malezyjskim? — jej głos gwałtownie zadrżał, brzmiąc teraz skrajnie boleśnie.
— Właśnie o ten samolot chodzi. Dlatego musimy natychmiast porozmawiać o Peterze. Najlepiej spotkać się osobiście.
Znów zapadła głęboka cisza. Wyobrażałam sobie doskonale, jak ta kobieta właśnie walczy z myślami, próbując racjonalnie wytłumaczyć sobie tę kompletnie absurdalną sytuację.
— Dobrze — rzuciła krótko. — Gdzie i kiedy?
— Podjadę pod wskazany przez panią adres. Proszę tylko podać gdzie. Ja aktualnie jestem w Coconut Grove.
— Pasuje mi. To niedaleko. Będę czekała przy 100 Giralda Ave. Trafi pani?
— Oczywiście. To przy tej kawiarni? — chciałam się upewnić, bo często wpadałam tam na świetną, kolumbijską kawę.
— Tak, Pasión del Cielo Coffee. W takim razie tam poczekam na panią. Dobrze?
— Dobrze. Już tam jadę.
Gdy podjechałam na miejsce, do samochodu podeszła młoda, filigranowa Azjatka. Miała krótko ostrzyżone włosy i jasnoczerwoną torebkę przewieszoną przez ramię. Mogła mieć najwyżej trzydzieści kilka lat. Zajrzała ostrożnie przez otwarte okno od strony pasażera.
Chciała coś powiedzieć, ale w tej samej sekundzie przypomniałam sobie o tej cholernej pluskwie zainstalowanej w aucie. Odruchowo i gwałtownie przyłożyłam palec do ust, nakazując jej milczenie.
Cofnęła się jak oparzona, a na jej twarzy wymalowało się głębokie zdziwienie…
Wysiadłam z auta i podeszłam do niej.
— Pani Susanne? — zapytała tonem, jakby nie miała pewności, czy zaczepia odpowiednią osobę, a jednocześnie sprawiała wrażenie zdziwionej czymś.
Nie odpowiedziałam. Chwyciłam ją za rękę i odeszłyśmy kilka kroków od mojego auta. Zatrzymałyśmy się. Spojrzałam jej w oczy. Ciągle wydawała się być zdezorientowana. Spoglądała raz na mnie, raz na auto.
— Tak, jestem Susanne, Susanne Dolan. Ta dziennikarka.
Ponownie spojrzała na mój samochód. Ponownie wzrok przeniosła na mnie. Pokazując palcem na moje auto, sprawiała wrażenie, jakby chciała o coś zapytać.
— Mów mi Sussi, ok?
Jej wyraz twarzy diametralnie się zmienił. Jakby ochłonęła.
— Dobrze. Jestem Sumiko. — Podając mi swoją drobniutką dłoń, lekko się ukłoniła.
Rozglądając się po okolicy, zawiesiłam wzrok na szyldzie celu mojej podroży.
— To co? Kawa? — zapytała, zerkając ponownie na stojącą przede mną dziewczynę. — Zapraszam.
Ruszyłyśmy w kierunku wejścia. Pasión del Cielo Coffee. Lubiłam tę kawiarnię i zawsze, gdy byłam w pobliżu, wpadałam do niej na przepyszną kawę.
Weszłyśmy do środka. Wnętrze kawiarni przywitało nas głębokim, intensywnym aromatem świeżo mielonych ziaren z najdalszych zakątków świata. Królował tu mroczny, industrialny klimat, przełamany surowym drewnem i ciepłym, przyciemnionym światłem wiszących nisko lamp. Pod wysokim, betonowym sufitem cicho szumiał system wentylacji, a w tle sączył się leniwy, jazzowy motyw. Dzięki wczesnej porze większość stolików była pusta, co dawało nam tak pożądane poczucie odizolowania od tętniącej życiem ulicy. Wybrałyśmy ustronne miejsce w samym rogu, tuż obok wielkiej, przeszklonej witryny z widokiem na parking, z którego to miejsca mogłam zaobserwować każdy podejrzany ruch na zewnątrz Sumiko usiadła naprzeciwko mnie, wciskając się w miękkie oparcie fotela. Nad naszym stolikiem unosiła się duszna, niemal namacalna cisza, którą przerwał podchodzący kelner. Ja tradycyjnie zamówiłam swoją ulubioną, kostarykańską kawę a Sumiko poprosiła o delikatną, tradycyjną zieloną herbatę Matcha Latte
Gdy kelner odszedł, odczekałam chwilę, spojrzałam na swoją współtowarzyszkę i odezwałam się:
— Dziękuję ci, Sumiko, że zgodziłaś się poświęcić mi trochę czasu.
— Nie ma za co. — Spuściła wzrok, kurczowo zaciskając dłonie na pasku torebki, którą nie wiedzieć czemu trzymała na kolanach.
— Powiesz mi coś o Peterze? — zapytałam.
Spojrzała mi w oczy takim smutnym wzrokiem, jakby to on miał zastąpić jej słowa. W końcu odezwała się cichym głosem:
— Już sama nie wiem… — zaczęła niezdecydowanie. — Ten temat od lat uważałam już za zamknięty. Wspomnienia powoli się zacierają. Wolałabym nie wracać już do tego. — Zabrzmiało to jednak bez przekonania.
— Ja ciebie całkowicie rozumiem — starałam się jakoś przełamać jej opór — ale pewne, dziwne zbiegi okoliczności, w których dane mi było uczestniczyć, poszły w takim kierunku, że nie mogę przejść obok nich obojętnie. Uwierz mi. Właśnie dlatego poprosiłam cię o spotkanie. Uważam, że dzięki tobie uda nam się wyjaśnić zagadkę związaną chociażby z Peterem… No? Powiesz mi coś o nim? Proszę.
Przez chwilę trawiła w sobie moje słowa. Czułam prawie fizycznie, jak bije się z myślami. W końcu spojrzała na mnie i odezwała się nad wyraz spokojnym głosem:
— Peter był moim narzeczonym. — Zawiesiła głos, zaciągnęła się powietrzem i zaczęła mówić dalej: — Mieliśmy wziąć ślub tuż po jego powrocie z Szanghaju. Ale gdy doszło do tej katastrofy…
— Uważasz, że ten samolot naprawdę się rozbił? — weszłam jej w słowo. — Że doszło do katastrofy?
— A co innego mogło się stać?
Spojrzałam na nią z powagą.
— Posłuchaj, Sumiko. Z tym lotem stało się coś bardzo dziwnego. Uważam, że samolot wcale nie uległ katastrofie. Albo… albo, co jest bardziej prawdopodobne, twój Peter nigdy do niego nie wsiadł, więc nigdzie nie poleciał.
— Poleciał. Na pewno poleciał — ucięła z absolutnym przekonaniem.
— Skąd ta pewność?
— Bo odprowadzałam go na terminal. Zresztą nie byłam sama, a z naszym wspólnym znajomym. Widzieliśmy, jak wchodzi do rękawa, a potem jak maszyna kołuje do startu.
— Ten kolega… miał na imię Mark?
Sumiko drgnęła i przesunęła się na siedzeniu, patrząc na mnie z gwałtownym zainteresowaniem.
— Skąd to wiesz?
— Spotkałam się z nim dwa dni temu. Powiedział mi to samo, co ty teraz, a nawet wspomniał o tobie. Zresztą w chwilę po tej rozmowie był z nami i Peter we własnej osobie.
Sumiko raptownie wstała, a podchodzący w tym momencie kelner o mało nie dostał zawału, uciekając z zastawioną filiżankami tacą w bok. Spojrzała w jego wystraszone oczy i usiadła. Kelner, wzdychając ciężko, pokręcił głową, postawił przed nami tacę z zamówieniem i w milczeniu ulotnił się.
— Coooo? Co powiedziałaś? — Sumiko o mało nie położyła się na stole. Jej twarz wyrażała jedno wielkie zdziwienie. Po chwili uspokoiła się. Wyjęła komórkę z torebki, chwilę w niej szperała, po czym podsunęła mi wyświetlacz pod sam nos. — Kto to jest?
Zerknęłam na ekran. Zdjęcie było wyraźne.
— To Mark Probosz. Z nim jechałam na spotkanie z Peterem.
Ponownie zaczęła szperać w telefonie, po czym znowu podsunęła mi wyświetlacz pod oczy. Na zdjęciu, które wyglądało, jakby zrobiono je wczoraj, stał uśmiechnięty Peter.
— To jest właśnie on — odezwałam się, patrząc jej prosto w oczy. — To jest ten mężczyzna, którego wiozłam samochodem. To Peter.
— Niemożliwe — odezwała się bez przekonania.
— Dzisiaj, wprowadzając pełen numer z kartki, którą mi Peter zostawił, nim skończyłam go wklepywać, ostatnie trzy cyfry wskoczyły same. Przypuszczam, że nocą, gdy go wiozłam, dzwonił z mojego samochodu do ciebie. Dopiero drugi telefon wykonał do Marka, nagrywając mu się na pocztę. Czyli próbował najpierw skontaktować się z tobą, ale numer był nieaktywny.
Wpatrywała się we mnie w milczeniu, z wyrazem całkowitego niedowierzania.
— Miałam problem ze swoim telefonem — odezwała się w końcu. — Dopiero dzisiaj odebrałam go z serwisu. Przez kilka dni był nieaktywny.
„To by się zgadzało” — pomyślałam w duchu.
— A więc widzisz? Peter ciągle myśli o tobie… Posłuchaj, Sumiko — postanowiłam kuć żelazo, póki gorące. — Tamtej nocy wracałam do domu…
Zaczęłam opowiadać. O nocnej podróży w deszczu, o Peterze, którego o mało bym nie potrąciła, o helikopterach i na koniec o tym, jak zniknął w lesie. By podsumować to wszystko, dodała jeszcze parę słów o spotkaniu z Markiem, Peterem i akcji, którą kierował Brown. Gdy skończyłam, Sumiko wcisnęła się w fotel, skryła twarz w dłoniach i wybuchnęła szlochem. Wyjęłam ze swojej torebki chusteczki higieniczne i podałam jej. Podziękowała. Ścierając łzy z oczu, na moment znieruchomiała. Spojrzała na mnie takim wzrokiem, jakby z podświadomości wyciągała jakieś wspomnienia.
— Co się stało? — chciałam wyprzedzić jej pytania.
— Zaraz… — Przez chwilę świdrowała mnie swoim wzrokiem. — Przecież ja wczoraj rozmawiałam z Markiem. Nic nie wspominał o Peterze.
Tym emocjonalnym wyznaniem zabiła mi ćwieka.
— Przepraszam, muszę zadzwonić — jej głos zabrzmiał nad wyraz poważnie. — Mogę? — dodała, biorąc swój telefon do ręki.
— Tak, tak, oczywiście.
Nawet nie szukała numeru, tylko kliknęła w ekran. Przykładając telefon do ucha, spoglądała mi w oczy. Nie uciekłam wzrokiem w bok, jak to się zazwyczaj czyni. To ona uciekła pierwsza. Coś było nie tak, bo spojrzała w ekran i ponownie przyłożyła telefon do ucha. Słyszałam sygnał, ale nikt nie odbierał. Po chwili załączyła się poczta głosowa. Sumiko nie nagrała się. Schowała telefon. Spojrzałam jej w twarz.
— Sumiko, uwierz mi, ale ja wczoraj wiozłam samochodem i Marka, i Petera. Naprawdę. Musisz mi uwierzyć.
— I co? I Mark by mi tego nie powiedział? — poczułam bijący od niej dystans.
— Nie wiem, dlaczego nie powiedział ci o tym. Dla mnie też jest to wielką zagadką.
Wzięła oburącz filiżankę i upiła łyk napoju. Nie postawiła jej na stoliku. Spoglądała w bok, wyraźnie trawiąc coś w myślach. Niespodziewanie zadzwoniła jej komórka. Odstawiła raptownie filiżankę i biorąc do ręki telefon, zerknęła na wyświetlacz. Odebrała, przyłożyła słuchawkę do ucha i wbiła wzrok w moje oczy.
— Mark?! — ni to zawołała, ni to zapytała.
— Oczywiście, Sumiko, a co się stało? — słyszałam jego słowa nad wyraz dokładnie. To był ten sam głos, który miałam okazję dobrze poznać.
— Chwileczkę — rzuciła do słuchawki i zerkając na wyświetlacz, kliknęła w ekran. Ponownie wzrok przeniosła na mnie. — Ktoś chce z tobą porozmawiać.
Położyła telefon na stoliku, założyła rękę za rękę i wcisnęła sylwetkę w oparcie fotela. Wbiła we mnie swój wzrok, mrużąc delikatnie oczy. Poczułam, jak przez moje ciało przepływa fala gorąca. Pochyliłam sylwetkę do przodu i odezwałam się:
— Mark? Tu Suzanne Dolan.
— Przepraszam, kto? — głos po drugiej stronie wyrażał szczere zdziwienie.
— Susanne Dolan. Chciałam przeprosić za ten przedwczorajszy incydent. Cieszę się, że sprawa się wyjaśniła.
— Jaki incydent? Nie rozumiem. Kim pani jest?
Zamurowało mnie doszczętnie. Albo facet miał nagły zanik pamięci, albo – co bardziej prawdopodobne – nie mógł swobodnie rozmawiać. Spoglądając na Sumiko, schowałam głowę w ramiona. Wpatrywała się we mnie z wyraźnym zaciekawieniem, kręcąc zarazem delikatnie głową.
— Jestem dziennikarką. Poznaliśmy się przecież. Wiozłam cię samochodem po Petera. Naprawdę tego nie pamiętasz?
— Proszę dać Sumiko do telefonu — uciął chłodno.
Sumiko pochyliła sylwetkę w kierunku aparatu.
— Tak? — odezwała się.
— Sumiko, zadzwoń do mnie, jak będziesz sama, dobrze? — usłyszałam ściszony głos Marka. Widocznie nie domyślał się, że rozmawiamy na głośnomówiącym.
— Dobrze — odparła i zakończyła połączenie.
Schowała telefon do torebki i spojrzała na mnie z wyraźną rezerwą. Podejrzliwość w jej oczach kłuła bardziej niż mróz.
— Słyszałaś? — zapytała.
— Słyszałam.
— I co teraz?
Czułam, jak nić zaufania między nami pęka. Mark mógł mnie teraz malować jako zdrajczynię, jako kogoś, kto sprowadził na nich kłopoty. Czułam się podle, ale musiałam to jakoś ratować.
— Posłuchaj, Sumiko. To, co mówi Mark, nie zmienia faktu, że widziałam Petera na własne oczy. Siedział w moim samochodzie. Rozmawialiśmy ze sobą. On żyje i Mark dobrze o tym wie. Byliśmy przecież we trójkę.
— Mark nigdy by mnie nie okłamał.
Wstała raptownie i nie patrząc mi w oczy, rzekła spokojnym głosem:
— Niestety, ale muszę już iść.
Przewiesiła torebkę przez ramię i ruszyła.
— Sumiko! Poczekaj! — zawołałam, wkładając jednocześnie rękę do torebki. Zatrzymała się. Obróciła sylwetkę i spoglądając na mnie, czekała. Szukałam rozpaczliwie ostatniej deski ratunku, jaką podsuwała mi podświadomość. Ta deska miała być kartką wyrwaną przez Petera z notesu. Na szczęście miałam ją ze sobą. Wyjęłam ją i pokazałam dziewczynie. Przez moment wahała się, czy podejść do mnie, czy jednak iść dalej. Podeszła.
— Patrz, Sumiko, to kartka z twoim numerem, który napisał Peter.
Zerknęła na nią bezwiednym wzrokiem.
— Chyba znasz jego charakter pisma, prawda?
Nagle jej wzrok wyostrzył się. Przez chwilę przyglądała się kartce z niebywałą ciekawością. Spojrzała na mnie, ponownie na kartkę i w końcu wzięła ją ode mnie. Wpatrywała się w nią jakimś takim dziwnym, niepojętym dla mnie wzrokiem.
— To Peter nabazgrał ten numer, będąc jeszcze w moim aucie — wyrzuciłam z siebie, chcąc jakoś do niej dotrzeć. Dotknęłam jej ramienia.
Nie zareagowała na dotyk. Wpatrywała się w kartkę. Oddalała ją od twarzy i przybliżała, jakby szukając ostrości. Jej dłoń zaczęła dziwnie drżeć. W końcu spojrzała na mnie. W kącikach jej oczu pojawiły się łzy.
— Co się stało?! — zaniepokoiłam się nie na żarty. — Coś z tą kartką jest nie tak?
Trzymając ją w jednej ręce, palcem drugiej pokazała na trzy cyferki ZERO w swoim numerze telefonu.
— Widzisz te kreski w zerach? – prawie wypłakała.
Przyjrzałam się dokładniej wskazanym cyfrom. Każda z nich była przecięta wewnątrz kreską.
— No tak, widzę, ale przez myśl by mi nie przyszło, że te kreski nie są tu przypadkowe.
— To był nasz szyfr — Sumiko zaczęła mówić, będąc wyraźnie na pograniczu płaczu. — Peter i ja dla zabawy bawiliśmy się w dawanie znaków w cyferkach zero i literkach O. Tym sposobem przekazywaliśmy sobie, czy mamy humor, czy lepiej nie podchodź. Określały one nasz aktualny nastrój. Te pionowe zawsze oznaczały POMÓŻ, RATUJ.
Poczułam, jak zimny dreszcz przebiega mi wzdłuż kręgosłupa. Spojrzałam na Sumiko.
— Trzy przekreślone zera… — szepnęłam. — To znaczy, że on wyrył na tej kartce oficjalne wezwanie SOS. I to konkretnie do ciebie?
Nie odpowiedziała, tylko rzuciła mi się w ramiona i zapłakała.
Osoby obserwujące nas od dłuższego czasu, na co zwróciłam wcześniej uwagę, wciąż nie spuszczały z nas wzroku.
— Sumiko, spójrz na mnie. — Odkleiłam się od niej i chwyciłam ją mocno za ramiona.
Spojrzała i równocześnie przetarła palcami łzy. Rozejrzałam się po sali. Klienci kawiarni jak jeden mąż natychmiast odwrócili od nas wzrok, nagle udając, że studiują dno swoich filiżanki. Spojrzałam na stolik, przy którym siedziałyśmy, i rzuciłam ściszonym głosem:
— Chodź, usiądźmy jeszcze.
Wyjęła z torebki chusteczkę i delikatnie osuszyła twarz. Usiadłyśmy. Chowając chusteczkę, zaczerpnęła głęboko powietrza i wypuszczając je nad wyraz powoli, spojrzała mi prosto w oczy.
Ni stąd, ni zowąd przy stoliku pojawił się kelner.
— To co? — rzuciłam szybko w kierunku Sumiki. — Coś na słodko może?
Spojrzałam na kelnera, chcąc jak najszybciej pozbyć się go z naszej strefy. — Dwa razy lody waniliowe w pucharku. — Zerknęłam na dziewczynę. — Dasz się skusić?
Przytaknęła głową, wciąż nie wydobywając z siebie głosu.
Gdy kelner migiem się ulotnił, wskazałam palcem na pogniecioną kartkę z mojego notesu, leżącą na ciemnym blacie.
— Powiesz mi coś o tym waszym szyfrze? Kto go w ogóle wymyślił? Peter?
— Nie — Sumiko zaczęła mówić przyciszonym, nienaturalnie spokojnym tonem. — Te kreski w zerach to stary sposób armii amerykańskiej na uniknięcie pomyłek. Ja na początku nie miałam o tym zielonego pojęcia. Peter powiedział mi o tym dopiero po jakimś czasie, zupełnie przypadkowo, gdy oglądał jakiś film.
— Nic z tego nie rozumiem. Przecież dla mnie to zwykłe, przekreślone cyfry — wyraziłam głośno swoje zdziwienie.
— Tak, dla kogoś z zewnątrz to tylko bazgroły. Ja czasami się z nim droczyłam, bo uważałam, że poświęca swojej pracy znacznie więcej czasu i uwagi niż mnie. Wkurzało mnie to czasami. Wtedy, żeby mnie jakoś ułagodzić, podsuwał mi dyskretnie karteczki ze swoim numerem telefonu, w którym każda litera „O” była przekreślona w ten wojskowy sposób (Ø). Dawał mi tym ukrytym znakiem do zrozumienia, że bez względu na wszystko, jest w niebezpieczeństwie i tylko mój telefon do niego może go uratować… Wiem, że brzmi to dziwnie, ale tym mnie zawsze rozśmieszał. Susanne, ale on… on był osobą autystyczną.
— Z zespołem Aspergera? — rzuciłam bez zastanowienia, łącząc kropki w ułamku sekundy.
Sumiko zamarła. Spojrzała na mnie takim wzrokiem, jakby widziała mnie po raz pierwszy w życiu. W jej czarnych oczach malował się czysty, paraliżujący szok.
Zanim zdołała odpowiedzieć, do stolika podszedł kelner i postawił przed nami pucharki lodów z wetkniętymi weń wafelkami. Gdy tylko oddalił się na bezpieczną odległość, Sumiko, wciąż spoglądając na mnie z głębokim niedowierzaniem, w końcu wydusiła:
— Skąd… skąd o tym wiesz?
— Mark mi o tym powiedział — odparłam krótko.
Dziewczyna westchnęła ciężko i potarła dłonią czoło. Wychyliłam sylwetkę w her stronę.
— Posłuchaj, Sumiko. Wychodzi na to, że te kreski naniesione na twój numer telefonu nie są żadnym przypadkiem ani próbą rozśmieszenia ciebie. Peter wysłał wyraźny sygnał SOS, a ta kartka to jedyny namacalny dowód, jaki mamy.
— Sama już nie wiem… — szepnęła, całkowicie rozbita.
— Czego ty nie wiesz, dziewczyno? Tutaj masz niezbity dowód! — Pokazałam palcem na papier. — Uważam, że kluczem do rozwiązania tej układanki jest wyłącznie Mark, ale on zachowuje się nad wyraz podejrzanie. Jedyny plus jest taki, że wciąż ma do ciebie bezgraniczne zaufanie. I musimy to bezwzględnie wykorzystać.
Sumiko wyglądała na skrajnie przybitą, ciężar tej konspiracji zaczynał ją wyraźnie przygniatać.
— To co ja mam teraz robić? — zapytała cicho.
— A więc słuchaj uważnie — nabrałam pewności siebie, przejmując kontrolę nad sytuacją. — Kiedy znów będziesz rozmawiać z Markiem, pod żadnym pozorem, zapamiętaj to sobie, nie wspominaj o Peterze.
— Dlaczego?
— Jeśli on coś wie o jego losie, a wie na pewno, bo z nim był, to sam w końcu zacznie kluczyć i ci o tym powie. Musimy sprawdzić, na ile jest wobec ciebie uczciwy, a na ile wykonuje rozkazy służb. Rozumiesz?
Pokręciła głową.
— Mam podejrzenie, że go kupili. To jego zdziwienie na moje nazwisko, gdy dowiedział się, że jestem tu z tobą, świadczy tylko o jednym… On chciał mnie skompromitować w twoich oczach… — westchnęłam — i o mało mu się nie udało. By go konkretnie sprawdzić, zadzwonisz do niego i wysłuchasz uważnie każdego słowa. Od tego, co ci powie i co sama zdołasz wyciągnąć, będą zależały nasze dalsze kroki. I pamiętaj, ani słowa o Peterze.
— A co, jeśli zapyta o ciebie?
— No właśnie. Zapyta na pewno. — Westchnęłam ciężko.
Wiedziałam, że z tym całym Markiem Proboszem gra toczy się pod stołem. Wciąż miałam w uszach jego gwałtowną, podejrzaną reakcję, gdy usłyszał moje nazwisko.
— Jak zapyta o mnie — kontynuowałam — to powiedz mu po prostu, że jestem upierdliwą dziennikarką, która pracuje nad artykułem o katastrofie tego malezyjskiego samolotu. Po rozmowie z nim natychmiast zadzwonisz do mnie i zdasz mi pełną relację. Zastanowimy się wtedy, co dalej. Ok?
— A nie chcesz, bym zadzwoniła do niego teraz, przy tobie? — zapytała Sumiko.
— Nie. Uważam, że lepiej będzie, jak zrobisz to z domu, w pełnym spokoju. Dajmy mu trochę czasu, niech myśli, że ma przewagę.
Dojadłyśmy lody w milczeniu i wyszłyśmy na zewnątrz, przed przeszklone witryny kawiarni. Pożegnałyśmy się krótkim uściskiem. Do wnętrza mojego Volvo wsiadłam jak do rozgrzanego pieca – powietrze dosłownie parzyło. Pootwierałam wszystkie okna, czekając, aż auto trochę się przewietrzy. Dokładnie w tym momencie w mojej torebce rozwibrował się telefon. Wyjęłam go, zerknęłam na wyświetlacz.
Tim.
Chwila paraliżu. Odebrać w środku, czy wysiąść na zewnątrz? Cholera, będę musiała w końcu coś zrobić z tą pieprzoną pluskwą. Kliknęłam zieloną słuchawkę.
— Susanne, gdzie ty do diabła jesteś? — usłyszałam tradycyjną, nerwową formułkę mojego szefa z redakcji.
— Pracuję ciężko w terenie — odpowiedziałam nienaturalnie spokojnym głosem, ostentacyjnie lustrując wzrokiem paznokcie u dłoni, by zagłuszyć stres.
— Potrzebna jesteś natychmiast w redakcji! Słyszysz mnie? Natychmiast!
— Co się stało? — Zaniepokoiłam się. Jego oficjalny, lodowaty ton zwiastował najgorsze.
— Dowiesz się na miejscu. Dawaj!
Rozłączył się bez słowa pożegnania. Spojrzałam na ciemny wyświetlacz, odetchnęłam głęboko gęstym, gorącym powietrzem, przekręciłam kluczyk, Klima na ful i kierunek redakcja.
CDN.